Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 8 W RODZINNEJ EUROPIE – wspomnienia Władysława Grodeckiego

Wołyń

 grodecki.eufrutki.net/

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

Władysław Grodecki

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

cz. 8 W RODZINNEJ EUROPIE

PIEKŁO ZA BUGIEM

Przesiedlili, przegnali, wywieźli

Oddzielili duszę od ciała,

Zapomnieli tylko o jednym,

Przeoczyli, że ziemia została”

( Feliks Konarski )

Workuta, Kołyma, Katyń i Oświęcim kojarzą się Polakom z największą zbrodnią dokonaną kiedykolwiek na naszym narodzie, ale jest takie miejsce na terenie dawnej Rzeczypospolitej gdzie dokonano zbrodni o wiele większej, bardziej okrutnej, bezwzględnej, tym bardziej tragicznej, że przemilczanej przez rządy krajów europejskich, polskie władze, przez polityków, media, hierarchów kościoła… Zbrodniarzy do tej pory nie spotkała żadna kara, wręcz przeciwnie cieszą się licznymi przywilejami, mają wysokie emerytury, stawia się im pomniki…

Wołyń – kraina bogata w zabytki historyczne, interesująca etnograficznie i krajobrazowo, pełna miast i miasteczek znanych z naszych dziejów, ruin zamków, pobojowisk, polskich cmentarzy i grobów . Niegdyś były to ludne i bogate tereny. W czasie I wojny światowej toczyły się tu najcięższe walki z udziałem wszystkich trzech brygad Legionów Polskich. Od przeszło pół wieku jest ta sama ziemia, ale nie ma ludzi, a przecież przez wieki żyli tu w zgodzie ludzie różnych nacji i religii. Zbrodnicze oddziały UPA „oczyściły” te tereny z Polaków, Żydów, Ormian, Czechów, Holendrów.

Po agresji wojsk ZSRR 17 września 1939r. Wołyń został włączony do Ukraińskiej SRR i już 10 lutego 1940 roku rozpoczęła się zakrojona na ogromną skale deportacja polskiej ludności ( głównie inteligencji) za Koło Polarne, na Sybir i do Azji Środkowej. Po agresji III Rzeszy na ZSRR tereny te zostały zajęte przez Niemców i kolaborantów ukraińskich. Ukraińcy sprzymierzali się z kolejnymi okupantami i przez 5 lat prześladowali Polaków z niesłychanym okrucieństwem.

Na Wołyniu jest wiele dawnych cmentarzy i mogił. Z zamordowanych ok. 70 tys. Polaków w latach 1942-44 co najmniej 99% najczęściej spoczywa w nieznanych mogiłach na, których nie ma nawet krzyża. Choć od 1998 r. pracują tu harcerze i dorośli ze Zgierza i innych miast polskich, odnawiają oni głównie cmentarze legionowe.

Jeszcze żyją ostatni świadkowie ludobójstwa na Wołyniu, osoby, które mogą wskazać miejsca pochówku oraz zniszczone i zaorane przez komunistów groby i cmentarze tak z czasów I jak i II wojny światowej, trzeba ich szukać, rozmawiać z nimi nim zostaną wezwani „na wieczną wartę”.

W sierpniu 2007 r. w czasie Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej nad Nidą zostałem wybrany pełnomocnikiem organizacji piłsudczykowskich i niepodległościowych d/s odnowy polskich cmentarzy na Wołyniu. We wrześniu odwiedziłem okolice Kowla, Maniewic i Kościuchnówki. Z 14 znajdujących się tam polskich cmentarzy, pojedynczych i zbiorowych mogił i słupów pamięci przywiozłem ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego. W miejscowości Nawis i Hruziatyn miejscowy kapłan poświęcił znajdujące się tam krzyże na mogiłach zbiorowych. Rok później w dniach 19- 27 sierpnia przybyłem znowu na Wołyń, tym razem ze studentami, strzelcami i piłsudczykami. Wspieraliśmy harcerzy ze Zgierza, którzy od 1998 r. kierują pracami przy odnowie polskich cmentarzy. Odnawialiśmy cmentarze w Kowlu, Zasmykach, Jeziorno i w Kościuchnówce. Z 3 z nich oraz z pod Pomnika Pamięci na Reducie Piłsudskiego pobrano ziemię, która została poświęcona przez ks. Jana Burasa Kanclerza Kurii w Łucku w czasie uroczystości jubileuszowych – 10- lecia prac harcerzy w okolicach Kościuchnówki.

Zimą 2010 r. odwiedziłem Armenię, Gruzję oraz wschodnią i południową Gruzję!

Już ok. 500 lat temu Polacy pojawili się w Gruzji, ale większa ich liczba znalazła się tam pod koniec XVIII w. Byli to głównie zesłańcy polityczni, uczestnicy powstania kościuszkowskiego. Następna fala ( kilka do kilkunastu tysięcy ) na tzw. ciepłą Syberię dotarła po 1812 r, byli to jeńcy wojsk napoleońskich. Na podstawie dekretu cara Aleksandra I większość z nich wróciła do Polski. Kolejne większe grupy zesłańców znalazły się tu po upadku powstania listopadowego i styczniowego. W XIX w. przybywali tu także Polacy dobrowolnie, nauczyciele, kupcy, urzędnicy. Najwięcej bo prawie 1000 było w Tbilisi. Rozkwit gospodarczy Rosji na przełomie XIX/XX w. sprawił, że wzrosło zapotrzebowanie na ludzi światłych. Kilka tysięcy Polaków wyjechało tam w celach zarobkowych, byli to głównie inżynierowie, architekci, lekarze, ale też i ludzie kultury. Do najciekawszych osób, które w tym czasie znalazły się w Gruzji należała Dagny Przybyszewska, „Zbłąkana gwiazda” zastrzelona 5 czerwca 1901 r. w Grand Hotelu w Tbilisi przez swego kochanka Władysława Emeryka. Sam później popełnił samobójstwo. Dagny i wielu innych Polaków spoczywa na cmentarzu Kukijskim niedaleko centrum miasta. Polskie groby są bardzo starannie utrzymane, i co godne podkreślenia nie jest to tylko zasługa polskich dzieci ze szkoły im. Królowej Jadwigi

Kończąc swe peregrynacje po świecie szlakiem polskich dokonań i cmentarzy odwiedziłem i przywiozłem ziemię m. in. z Polskiego cmentarza w Loreto, kwatery polskich żołnierzy na cmentarzu w Murmańsku, kwatery legionistów Józefa Piłsudskiego w Piotrkowie, z grobów Powstańców Wielkopolskich z Leszna czy z Góry Śmierci i obozu pracy przymusowej z czasów II wojny światowej w Pustkowie – Brzeźnicy , którego resztki pamiętam z czasów swego dzieciństwa! W ostatnich latach zrekonstruowano dawny obóz, tworząc w pobliżu Góry Śmierci muzeum martyrologii!

Reklama

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 7 WŚRÓD LATYNOSÓW – wspomnienia Władysława Grodeckiego

 

 grodecki.eufrutki.net/Peru

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

Władysław Grodecki

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

cz. 7 WŚRÓD LATYNOSÓW

W czasie pierwszej samotnej wyprawy dookoła świata dwa tygodnie spędziłem na Amazonce między Iqitos, a Belem , tydzień w stolicy Brazylii- Brasilii, trzy tygodnie w Rio ( w czasie karnawału i w okresie Świąt Wielkanocnych ) i tydzień w pobliżu największego wodospadu świata „Foz do Iquacu”. Najmilsze jednak chwile przeżywałem wśród Polaków w Paranie . Przez trzy tygodnie wędrowałem z miasta do miasta, ze wsi do wsi. Zasługi największej po amerykańskiej Polonii świata dla rozwoju Brazylii są ogromne. Wspominał o tym w najstarszej szkole polskiej w Paranie burmistrz Sao Mateo, wspominali radni Kurytyby w czasie sesji plenarnej gdzie miałem 15 minutowe wystąpienie ( wręczono mi też dyplom honorowy m. Kurytyby ).

Świadectwem uznania miejscowej ludności dla emigrantów z Polski są następujące fakty :

Jeden z parków w stolicy Parany nosi imię Jana Pawła II, Jeden z dwóch „Portali” to „Portal Polski”, czy to, że jeden z najważniejszych budynków nazwany został „Wawel”

Jeszcze większe zasługi wnieśli Polacy w rozwój Chile Argentyny, a zwłaszcza Peru, które odwiedziłem w czasie ostatniej wyprawy. Najwybitniejszy architekt peruwiański XX w. Ryszard Jaxa Małachowski napisał o swoich poprzednikach: „Dzięki tym ludziom słowo Polak stało się gwarancją uczciwości, dobrego wychowania i solidnej roboty!”

Losy Polaków w tym kraju układały się zupełnie inaczej niż w Argentynie, Brazylii, USA, czy w Kanadzie! Niewielka liczba emigrantów to głównie ludzie wykształceni: badacze, podróżnicy, przyrodnicy, inżynierowie i misjonarze: Kalinowski- przyrodnik, A. Miecznikowski, – inżynier, F. Wojtkowski- zoolog i botanik, W. Szyszlo- biolog i pisarz, syn jego Ferdynand – artysta, T. Stryjeński, czy polscy misjonarze ( dwóch z nich Zbyszek i Michał zostali zamordowani w 1991r. w Pariacoto), którzy obecnie dopisują nowy rozdział w historii tego kraju. W gronie wielkich Polaków Ernest Malinowski zdobył największą sławę! Zapoczątkował on działalność wielkich polskich inżynierów, którzy swą pracą przyczynili się do rozwoju gospodarczego i postępu nauk ścisłych w tym kraju.

Zgodnie z programem wyprawy postanowiłem odnaleźć groby najsłynniejszych polskich inżynierów i pobrać z nich ziemię na kopiec J. Piłsudskiego. Dowiedziałem się w hotelu, że spoczywają na cmentarzu Cementarko Prezbitero Maestro. Niestety nekropola znajduje się w starej, bardzo niebezpiecznej dzielnicy Limy. Dojazd środkami komunikami komunikacji publicznej ( autobus, minibus ) jest b. ryzykowny i może skończyć się utratą pieniędzy i sprzętu. Wybrałem więc taxi. Wysiadłem przy III bramie cmentarza i po kilku minutach odnalazłem okazały grobowiec Edwarda Habicha – fundatora Narodowego Uniwersytetu Inżynieryjnego w Limie, członka Peruwiańskiego Towarzystwa Geograficznego i Honorowego Obywatela Peru.

Nieco dalej znalazłem grobowiec Ernesta Malinowskiego! Najbardziej znane jego dzieło to słynna „Kolej andyjska”, do niedawna najwyższa na świecie. Dziś już nieczynna…

Mimo, że z okna autobusu Lima- Huancayo oglądałem ją w 1993r. postanowiłem znowu udać się w Andy, było to 27 grudnia 2002 roku. Miałem niemało problemów w znalezieniu odpowiedniego przewoźnika. Gdy wreszcie się to udało i autobus ruszył o 6.55 upłynęło co najmniej 90 minut kluczenia po zatłoczonych ulicach i zbierania pasażerów. Gdy już był komplet, a nawet nie było miejsc stojących kierowca zainkasował pieniądze za przejazd i gdzieś znikł. Nie było go z pół godziny? Poszedł na piwo? Wreszcie ruszyliśmy.

Cały czas jadąc wzdłuż doliny Rimac, po przejechaniu ok. 40 km. wjechaliśmy w góry. Po osiągnięciu ok. 2 500 m. zaczęło padać ( do tej wysokości nie ma opadów. W Limie nigdy nie pada! ) . Na tej wysokości kończy pustynia, a zaczyna się strefa roślinności; eukaliptusy, pinie i maleńkie poletka gdzie uprawia się kukurydzę i ziemniaki. W pobliżu autostrady ( caretery ) obserwowałem liczne tunele i wiadukty słynnej kolei . Około południa osiągnęliśmy przełęcz Ticlio 4818 m.npm. – najwyższy punkt kolei. To punkt docelowy mojej wyprawy. Wysiadłem z autobusu i od razu zauważyłem pomnik E. Malinowskiego, który stanął tu w 1999r. w setną rocznicę śmierci, w pobliżu była restauracja i sklepik, a dalej pastwisko gdzie pasły się konie. Cudowna słoneczna pogoda i świetna widoczność sprawiła, że z planowanego krótkiego pobytu zatrzymałem się, aż dwie godziny. Usiłowałem się wspiąć wyżej i trochę pospacerować, ale nie było to łatwe. Nie było czym oddychać! Na tej wysokości jest już ze trzy razy mniej tlenu i zaczyna się czuć zmęczenie przy wykonaniu każdego kroku, przy najmniejszym wysiłku. Boli głowa! Gdy tylko zaczęła psuć się pogoda pobrałem ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego i pierwszym autobusem wróciłem do Limy.

Ostatnim etapem mych peregrynacji po Ameryce Południowej było Chile i Argentyna. W Obu krajach Polacy cieszą się do dziś ogromnym szacunkiem i uznaniem. Jeśli Chilijczyk ma do wyboru Niemca, Włocha, Greka, Portugalczyka i Polaka to wybiera tego ostatniego.

Będąc w Santiago niemal wszędzie można natknąć się na Ignacego Domeykę, reformatora szkolnictwa w Chile, odkrywcę wielu minerałów, obrońcę Indian, wieloletniego rektora uniwersytetu i geografa. Nie ma chyba mieszkańca tego miasta, który by o nim nie słyszał. Jest tu jego ulica, szkoła jego imienia, i wreszcie grób. 12 lutego 2002 r. po południu odwiedziłem zabytkowy Cementario General Ave La Paz .

W środku alei Domeyko jest kolumna z popiersiem , a na płycie pamiątkowej napis:

Rector de la Universidad de Chile

Polonia 31.07.1802 + Santiago 23.01.1889”

Przed powrotem do kraju odwiedziłem jeszcze Buenos Aires – stolicę Argentyny. Przez kilka dni zatrzymałem się w Polskim Ośrodku Młodzieżowym w Burzaco

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 7 WŚRÓD LATYNOSÓW – wspomnienia Władysława Grodeckiego

 grodecki.eufrutki.net/

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

Władysław Grodecki

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

cz. 7 WŚRÓD LATYNOSÓW

W czasie pierwszej samotnej wyprawy dookoła świata dwa tygodnie spędziłem na Amazonce między Iqitos, a Belem , tydzień w stolicy Brazylii- Brasilii, trzy tygodnie w Rio ( w czasie karnawału i w okresie Świąt Wielkanocnych ) i tydzień w pobliżu największego wodospadu świata „Foz do Iquacu”. Najmilsze jednak chwile przeżywałem wśród Polaków w Paranie . Przez trzy tygodnie wędrowałem z miasta do miasta, ze wsi do wsi. Zasługi największej po amerykańskiej Polonii świata dla rozwoju Brazylii są ogromne. Wspominał o tym w najstarszej szkole polskiej w Paranie burmistrz Sao Mateo, wspominali radni Kurytyby w czasie sesji plenarnej gdzie miałem 15 minutowe wystąpienie ( wręczono mi też dyplom honorowy m. Kurytyby ).

Świadectwem uznania miejscowej ludności dla emigrantów z Polski są następujące fakty :

Jeden z parków w stolicy Parany nosi imię Jana Pawła II, Jeden z dwóch „Portali” to „Portal Polski”, czy to, że jeden z najważniejszych budynków nazwany został „Wawel”

Jeszcze większe zasługi wnieśli Polacy w rozwój Chile Argentyny, a zwłaszcza Peru, które odwiedziłem w czasie ostatniej wyprawy. Najwybitniejszy architekt peruwiański XX w. Ryszard Jaxa Małachowski napisał o swoich poprzednikach: „Dzięki tym ludziom słowo Polak stało się gwarancją uczciwości, dobrego wychowania i solidnej roboty!”

Losy Polaków w tym kraju układały się zupełnie inaczej niż w Argentynie, Brazylii, USA, czy w Kanadzie! Niewielka liczba emigrantów to głównie ludzie wykształceni: badacze, podróżnicy, przyrodnicy, inżynierowie i misjonarze: Kalinowski- przyrodnik, A. Miecznikowski, – inżynier, F. Wojtkowski- zoolog i botanik, W. Szyszlo- biolog i pisarz, syn jego Ferdynand – artysta, T. Stryjeński, czy polscy misjonarze ( dwóch z nich Zbyszek i Michał zostali zamordowani w 1991r. w Pariacoto), którzy obecnie dopisują nowy rozdział w historii tego kraju. W gronie wielkich Polaków Ernest Malinowski zdobył największą sławę! Zapoczątkował on działalność wielkich polskich inżynierów, którzy swą pracą przyczynili się do rozwoju gospodarczego i postępu nauk ścisłych w tym kraju.

Zgodnie z programem wyprawy postanowiłem odnaleźć groby najsłynniejszych polskich inżynierów i pobrać z nich ziemię na kopiec J. Piłsudskiego. Dowiedziałem się w hotelu, że spoczywają na cmentarzu Cementarko Prezbitero Maestro. Niestety nekropola znajduje się w starej, bardzo niebezpiecznej dzielnicy Limy. Dojazd środkami komunikami komunikacji publicznej ( autobus, minibus ) jest b. ryzykowny i może skończyć się utratą pieniędzy i sprzętu. Wybrałem więc taxi. Wysiadłem przy III bramie cmentarza i po kilku minutach odnalazłem okazały grobowiec Edwarda Habicha – fundatora Narodowego Uniwersytetu Inżynieryjnego w Limie, członka Peruwiańskiego Towarzystwa Geograficznego i Honorowego Obywatela Peru.

Nieco dalej znalazłem grobowiec Ernesta Malinowskiego! Najbardziej znane jego dzieło to słynna „Kolej andyjska”, do niedawna najwyższa na świecie. Dziś już nieczynna…

Mimo, że z okna autobusu Lima- Huancayo oglądałem ją w 1993r. postanowiłem znowu udać się w Andy, było to 27 grudnia 2002 roku. Miałem niemało problemów w znalezieniu odpowiedniego przewoźnika. Gdy wreszcie się to udało i autobus ruszył o 6.55 upłynęło co najmniej 90 minut kluczenia po zatłoczonych ulicach i zbierania pasażerów. Gdy już był komplet, a nawet nie było miejsc stojących kierowca zainkasował pieniądze za przejazd i gdzieś znikł. Nie było go z pół godziny? Poszedł na piwo? Wreszcie ruszyliśmy.

Cały czas jadąc wzdłuż doliny Rimac, po przejechaniu ok. 40 km. wjechaliśmy w góry. Po osiągnięciu ok. 2 500 m. zaczęło padać ( do tej wysokości nie ma opadów. W Limie nigdy nie pada! ) . Na tej wysokości kończy pustynia, a zaczyna się strefa roślinności; eukaliptusy, pinie i maleńkie poletka gdzie uprawia się kukurydzę i ziemniaki. W pobliżu autostrady ( caretery ) obserwowałem liczne tunele i wiadukty słynnej kolei . Około południa osiągnęliśmy przełęcz Ticlio 4818 m.npm. – najwyższy punkt kolei. To punkt docelowy mojej wyprawy. Wysiadłem z autobusu i od razu zauważyłem pomnik E. Malinowskiego, który stanął tu w 1999r. w setną rocznicę śmierci, w pobliżu była restauracja i sklepik, a dalej pastwisko gdzie pasły się konie. Cudowna słoneczna pogoda i świetna widoczność sprawiła, że z planowanego krótkiego pobytu zatrzymałem się, aż dwie godziny. Usiłowałem się wspiąć wyżej i trochę pospacerować, ale nie było to łatwe. Nie było czym oddychać! Na tej wysokości jest już ze trzy razy mniej tlenu i zaczyna się czuć zmęczenie przy wykonaniu każdego kroku, przy najmniejszym wysiłku. Boli głowa! Gdy tylko zaczęła psuć się pogoda pobrałem ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego i pierwszym autobusem wróciłem do Limy.

Ostatnim etapem mych peregrynacji po Ameryce Południowej było Chile i Argentyna. W Obu krajach Polacy cieszą się do dziś ogromnym szacunkiem i uznaniem. Jeśli Chilijczyk ma do wyboru Niemca, Włocha, Greka, Portugalczyka i Polaka to wybiera tego ostatniego.

Będąc w Santiago niemal wszędzie można natknąć się na Ignacego Domeykę, reformatora szkolnictwa w Chile, odkrywcę wielu minerałów, obrońcę Indian, wieloletniego rektora uniwersytetu i geografa. Nie ma chyba mieszkańca tego miasta, który by o nim nie słyszał. Jest tu jego ulica, szkoła jego imienia, i wreszcie grób. 12 lutego 2002 r. po południu odwiedziłem zabytkowy Cementario General Ave La Paz .

W środku alei Domeyko jest kolumna z popiersiem , a na płycie pamiątkowej napis:

Rector de la Universidad de Chile

Polonia 31.07.1802 + Santiago 23.01.1889”

Przed powrotem do kraju odwiedziłem jeszcze Buenos Aires – stolicę Argentyny. Przez kilka dni zatrzymałem się w Polskim Ośrodku Młodzieżowym w Burzaco. Jest to ośrodek sportowo- wypoczynkowy o powierzchni ok. 3 ha. Są tu dwa boiska sportowe, schronisko młodzieżowe (ok. 30 łóżek), pawilon przypominający nasze dworki klasycystyczne i inne obiekty. Podobno kiedyś było więcej takich ośrodków. Polacy jako trzecia największa grupa etniczna ( po Włochach i Hiszpanach ) należą do najzamożniejszych w Argentynie. Wszystko zawdzięczają swej pracowitości i talentom.

. Jest to ośrodek sportowo- wypoczynkowy o powierzchni ok. 3 ha. Są tu dwa boiska sportowe, schronisko młodzieżowe (ok. 30 łóżek), pawilon przypominający nasze dworki klasycystyczne i inne obiekty. Podobno kiedyś było więcej takich ośrodków. Polacy jako trzecia największa grupa etniczna ( po Włochach i Hiszpanach ) należą do najzamożniejszych w Argentynie. Wszystko zawdzięczają swej pracowitości i talentom.

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 6 ZIEMIE ZZA OCEANU– wspomnienia Władysława Grodeckiego

Pomnik katyński

 grodecki.eufrutki.net/

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

Władysław Grodecki

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

cz. 6 ZA OCEANEM

Jedna jest Polska, jak Bóg jest w niebie

Wszystkie me siły Jej składam w ofierze

Na całe życie, które wziąłem z Ciebie

Cały do Ciebie Ojczyzno należę”

( Hymn Polaków z zagranicy )

W pod koniec czerwca 1993r. po dwutygodniowym pobycie w Los Angeles przybyłem do Chicago. Przez kilka tygodni gościł mnie właściciel największego wówczas radia polonijnego na świecie „750 FM” Jarosław Chołodecki, który zaangażował mnie do prowadzenia cyklu audycji geograficzno- podróżniczych. Jego kolega, współpracownik Wojciech Sukiennik z Krakowa prowadził biuro podróży „Archer Tours” i potrzebował kogoś do współpracy ( reklama w radio i pilotowanie wycieczek ) więc postanowiliśmy wspólnie zorganizować w czasie wakacji kilka wycieczek po USA . Najpierw do Waszyngtonu i Atlantic City, później na Florydę i wreszcie na Światowe Dni Młodzieży do Denver.

Celem drugiej wycieczki poza aspektem poznawczym i przygodowym było pobranie ziemi na Kopiec J. Piłsudskiego z miejsca śmierci Kazimierza Pułaskiego, chyba najbardziej znanego Polaka w USA, bohatera Polski i Stanów Zjednoczonych. Od 1929r. 11. października obchodzony jest w USA jako święto państwowe „Pulaski Day”, a 19 marca 2007r. Kongres USA przyjął uchwałę o nadaniu mu tytułu Honorowego Obywatela Stanów Zjednoczonych! Do Savannach gdzie 9 października 1779r. zginął Kazimierz Pułaski przybyliśmy nad ranem 1 sierpnia 1993r. w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, którą uczciliśmy minutą milczenia.

Bez problemów odnaleźliśmy niewielkie i niezbyt ciekawe muzeum, a obok plac, gdzie K. Pułaski został śmiertelnie ranny. Nie bez problemów (!) udało mi się namówić dwie najmłodsze uczestniczki wycieczki by wyszły z naszego minibusu i pobrały ziemię. Do muzeum już nie poszły…

X

Kilka dni przed wycieczką, na „Pikniku Śląskim” w Chicago poznałem Jurka Kusińskiego z Lublina, który opowiedział mi tę historię: „Gdy byłem młodym chłopcem opowiadano mi jak moi przodkowie – powstańcy listopadowi, deportowani później do USA, szukając różnych zajęć znaleźli się w Teksasie walczącym wówczas o niepodległość. Wkrótce jednak zginęli, a ponieważ nie byli to pośledni żołnierze ich spadkobiercom nadano ogromne areały ziemi . Niestety mieszkali oni w Polsce, a wiadomość do nich dotarła bardzo późno! Ale problem jest do dziś aktualny…”

Jaka była droga bohaterów z 1830 r. za Atlantyk? Po upadku powstania nastąpiły liczne represje i zsyłki na Sybir. Gdy Francja odmówiła udzielenia im azylu, na przyjęcie zgodziły się Stany Zjednoczone. Rezultacie w 1833r. niemal równocześnie z Triestu i Gdańska odpłynęło na zachód blisko tysiąc osób. W Nowym Jorku przyznano im po 80 akrów ziemi. Ale nie mieli pieniędzy by ją wykupić, więc udali się tam gdzie obiecano im „tyle ziemi, ile zechcą”. Na początku 1836 r. do Teksasu walczącego o niepodległość przybyło wielu Polaków. Niektórzy z nich zginęli pod Coleto Creek, inni w masakrze w Niedzielę Palmową 17 marca 1839r. w Goliad! Ich nadzieje na lepsze życie wsiąkły wraz z krwią w rozpalony słońcem piasek Teksasu. Przyjechali do Teksasu z dalekiej Polski szukając lepszego losu; znaleźli śmierć! Zamordowani należeli do pierwszych emigrantów politycznych za ocean.

Zupełnie inaczej potoczyły się losy innych emigrantów, pierwszych, którzy przybyli tu z powodów ekonomicznych! Pracujący w Teksasie o. Leopold Moczygęba napisał list do swej rodziny w Polsce, określając go jako kraj „nowej pomyślności”. W jego rodzinnej miejscowości Wielkiej Dłużnicy k. Toszka ten list potraktowano jak zaproszenie i niebawem ok. 100 rodzin sprzedało swe majątki i po dziewięciu tygodniach na morzu i trzech tygodniach marszu, 24 grudnia 1854 r,, weszli na niewysokie wzgórze i tam o. Leopold pod dębem ( rośnie do dziś ) odprawiona została pasterka. Wkrótce utworzono tam pierwszą polską parafię w USA i nazwano ją Panna Maria. Niebawem w pobliżu powstały inne: w San Antonio, Banderze, ST. Hedwig, Yorktown, Cestochowie, Kosciusko, Falss City, Polonii i Miscellaneous!

Już pod koniec 1993r. przed wyjazdem do Ameryki Płd. gościłem w Houston u znanego podróżnika z Krakowa Marka Michela, jednak dopiero w czasie kolejnej wyprawy dookoła świata 1999-2000 odwiedziłem miejsca związane z pobytem pierwszych emigrantów z Polski!

21 sierpnia 1999 r. po prawie dwutygodniowej wycieczce z Chicago w Góry Skaliste, o godz. 14.45 dotarliśmy pod Kapitol federalny w Oklahoma City. Tu trzeba było się rozstać! Na pożegnanie otrzymałem trochę pieniędzy, chleba, wody i herbatniki. Upał był niemiłosierny ( ok. 38oC ) , ulice miasta były zupełnie wyludnione. Po godzinnym spacerze w towarzystwie jednej z uczestniczek wycieczki– Małgosi dotarłem do Dworca Autobusowego. Nocnym Grehoundem przez Dallas i Austin przybyłem do San Antonio- „Wenecji Teksasu”. Tu zwiedzałem m.in. słynną z walk z Meksykanami twierdzę Alamo, gdzie pobrałem ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego ( 24 .09.1999r. ).

Po południu 25 sierpnia wsiadłem do autobusu zmierzającego w kierunku Meksyku. O 14.50 dotarliśmy do niewielkiego miasta teksańskiego Poth. Tuż za skrzyżowaniem kierowca przystanął wskazując tablicę z napisem „KOSCIUSKO ”. Wysiadłem, w sklepie kupiłem litr mleka i chleb tostowy. Okropny upał ( co najmniej 40oC ). bardzo ciężki bagaż i męczące swędzenie na całym ciele ( nieznana przyczyna ) utrudniały marsz. Oby tylko dojść do polskiej wioski, pomyślałem! Przeszedłem ze dwa kilometry i znowu zobaczyłem KOSCIUSKO 9. Byłem załamany. Na tej trasie nie kursują żadne autobusy, nie ma kolei, taxi, a przejeżdżające przez ten niemal bezludny teren samochody niechętnie zabierają przygodnych turystów. Nie wierzyłem, bym tę noc spędził w łóżku! Już rozglądałem się za miejscem w buszu gdzie mógłbym rozbić namiot . Obawiałem się jednak czy jest dostatecznie szczelny i nie wejdzie do niego pospolita tu „czarna wdowa” ( pająk, którego ukąszenie bywa śmiertelne ). Niepotrzebnie, gdy przejeżdżał wóz dostawczy Ford uniosłem rękę- „na wszelki wypadek”. Ku mojemu zdumieniu kierowca zatrzymał się. Był to Meksykanin Filario M. Garza z Falls City. Gdy zatrzymał się k. kościoła spotkaliśmy ks. Edwarda Wanata- proboszcza. Przyjął mnie b. miło, zaprowadził na plebanię, dał pokój, poczęstował zimną wodą, prosił bym się wykąpał i odpoczął, a gospodyni kazał wyprać moją brudną odzież! Jeszcze tego dnia po mszy świętej udałem się na pobliski polski cmentarz gdzie pobrałem ziemię na Kopiec Piłsudskiego.

Mimo serdecznego przyjęcia już następnego dnia rano „odstawił” mnie do „Panny Marii”. Kosciusko, Cestochowa i inne mijane na trasie wioski są dziś bardzo biedne i wyludnione. Młodzież wyjeżdża stąd do pracy do San Antonio lub Dallas.

W Pannie Marii też nie miał mnie kto przyjąć. Co prawda przydzielono mi pokój w domu pielgrzymkowym obok plebani, ale pod nieobecność ks. Adriana- proboszcza. spędzałem czas zupełnie sam. Musiałem sobie jakoś radzić. Najgorsza rzecz to brak żywności; w pobliżu nie było żadnego sklepu, a w lodówce było tylko trochę chleba i skrawki szynki. Na domiar złego nie mijało okropne swędzenie całego ciała ( uczulenie pokarmowe spotęgowane upałem nie do zniesienia – ok. 50 oC ). Na zewnątrz wychodziłem tylko wieczorem i rano Trzeciego dnia udałem się na polski cmentarz skąd pobrałem ziemię na Kopiec Józefa Piłsudskiego i przy okazji znalazłem kilka ziemniaków

Po kilkudniowym „przymusowym poście” zainteresowała się mną p. Loretta Dziuk- Pieprzyca ( od 4 pokoleń po matce i 5 po ojcu w Ameryce. Leopold Moczygęba, założyciel

parafii był bratem Józefa, pra,. pra, pradziadka pani Loretty! ), ale na krótko.

W niedzielę przyjechał ks. Adriam i po odprawionej mszy św. zostałem mu przedstawiony. Ktoś dał mi 5 USD. Po południu w towarzystwie p. Loretty i jej kuzyna udaliśmy się na obiad do Falls City i już do wyjazdu we środę nie widziałem księdza. Tego dnia ks. Adrian miał lekcje j. angielskiego w San Antonio i udało mi się wyjechać z „Panny Marii” i do Meksyku.

X

Głównym celem tej ekspedycji była wizyta w polskim sierocińcu z czasów II wojny światowej – Santa Rosa. W Ambasadzie RP w Mexico City otrzymałem adres i luksusowym autobusem 18. września 1999r. udałem się do nowoczesnego miasteczka Leon. Kontroler biletów powiedział kierowcy gdzie mnie wysadzić bym mógł dostać się do Santa Rosy. Podjechałem jeszcze ok. 5 km. innym autobusem, a na miejsce doprowadzili mnie młodzi Meksykanie. Tam przyjął mnie Padre Martinez dyrektor Ciudad del Nino Don Bosco ( Miasteczko Dzieci Don Bosco, gdzie mieszkało ok. 120 dzieci ) , ale po ośrodku oprowadzał mnie jego brat Gabriel, którego poprosiłem o pobranie ziemi na Kopiec Józefa Piłsudskiego.

Zwiedzanie zaczęliśmy od tablicy pamiątkowej z okazji 50 rocznicy opuszczenia obozu 1946- 96! Dawny obóz polskich dzieci uchodźców z Rosji nie prezentował się zbyt okazale. Jest dawne boisko sportowe gdzie kiedyś dzieci grały w piłkę, dawna szkoła, internat, budynki administracyjne, kaplica i park. Nie przetrwały już kuchnie , jadalnie, pomieszczenia sypialne. Ostatnio wybudowano pracownie stolarskie, elektryczne, muzyczne i komputerowe. Tę ostatnią w 1997r. odwiedził Prezydent RP Lech Wałęsa.

W Santa Rosa przyjęto mnie b. miło, choć nie zaproponowano gościny, nawet nie poczęstowano wodą, a wieczorem miły p. Gabriel swym starym samochodem odwiózł mnie do miasta! Poszukiwania taniego hotelu trwały ok. 2 godziny. Zdecydowałem się na „Iberię”.

Otrzymałem ładny, jasny pokój z oknem na ulicę, ale ponieważ był zepsuty zamek w drzwiach, więc mi wymieniono na inny. Zmęczony położyłem się do łóżka by nieco odpocząć i zasnąłem. Po chwili poczułem, że z sufitu kapie woda… Przeprowadziłem się do innego pokoju, który również wydał mi się b. miły . Znowu zasnąłem i w samym środku nocy zbudziło mnie swędzenie. Zaświeciłem światło i z przerażeniem zobaczyłem jak chowa się robactwo! Spakowałem się i resztę nocy spędziłem w fotelu w recepcji!

X

21 maja 1999 r. dziennikarka TV „Polonia” w czasie mojego pobytu w Nowym Jorku poprosiła o wywiad. Miejsce wyjątkowe- Island Liberty w pobliżu Statuy Wolności , podobnie jak miejsce spotkania- Pomnik Katyński w New Jersey.

Redaktor naczelny Super Expressu w Nowym Jorku Janusz Czuj zawiózł mnie do metra, dojechałem do Word Trade Center , przesiadłem się na kolejkę podziemną i wysiadłem na pierwszym przystanku w New Jersey. Byłem zaszokowany gdy na tle najwyższych budynków Nowego Jorku, światowego centrum handlu WTC zobaczyłem imponujący pomnik z napisem KATYŃ! Pobrałem ziemię na Kopiec Józefa Piłsudskiego, a później spojrzałem na płytę pamiątkową:

Katyń 1940 „… to skarbiec kłamstwa stalinowskiego i poststalinowskiego, globalnego załgania rządów komunistycznych, międzynarodowych, pisarzy- to skarbiec hańby.”

Poświęcony pamięci 15 400 oficerów, intelektualistów, liderów i więźniów wojennych brutalnie zamordowanych przez Sowieckie N.K.W.D. na wiosnę 1940 r. i pochowano w masowym grobie w lesie Katyńskim pod Smoleńskiem i w innych nieznanych miejscach Rosji Sowieckiej”.

Odsłonięty w 1992 roku pomnik z inicjatywy p. Stanisława Paszula- żołnierza AK- byłego więźnia sowieckich łagrów jest pierwszym na świecie pomnikiem ofiar Syberii i Katynia. Położony jest nad rz. Hudson z widokiem na Manhattan w centrum dzielnicy finansowej. Wyjątkowe usytuowanie sprawiło, że lokalne władze chciały go przenieść w inne miejsce, ale inicjator powiedział, że przykuje się do niego i ogłosi strajk głodowy i pomnik pozostał!

X

W Stanach Zjednoczonych mieszka najliczniejsza na świecie Polonia (10- 12 milionów ). Tu poza Polską są największe polskie dokonania, tu jest najwięcej polskich cmentarzy.

Polacy spóźnili się z kolonizacją o dwa wieki:

Wskakiwali do pędzącego pociągu- kiedy najlepsze miejsca były już zajęte, karty rozdane i w dodatku nie w polskiego „woza” grano.”

Jeśli Polacy zdobywali niemałe fortuny to przeważnie dzięki ciężkiej, żmudnej pracy!

Nasi przodkowie za oceanem budowali drogi, koleje, karczowali lasy, osuszali bagna zamieniając rozległe nieużytki USA i Kanady w prawdziwe spichlerze świata. Polacy przede wszystkim budowali kościoły. W Chicago mówiono kiedyś: „Niemcy budowali fabryki, Żydzi banki, a Polacy Kościoły”.

W czasie wycieczki z Nowego Jorku do Niagary 23 maja 1999r. zatrzymaliśmy się w pobliskiej Fatimie. W przewodniku przeczytałem: „Od 1954r. M.B. Fatimska – sanktuarium stało się miejscem naturalnego piękna, sztuki i wspólnych modlitw”. Świątynia jest czaszą kulistą pokrytą dwoma warstwami szkła i pleksiglasu z konturami półkuli północnej i ogromną, 10 tonową statuą Matki Boskiej Fatimskiej na szczycie. Z góry jest wspaniały widok na pełną lasów i jezior okolicę oraz alejki z galerią ponad 100, naturalnej wielkości rzeźb świętych!

Choć do powstania jednego z najciekawszych sanktuariów maryjnych za oceanem przyczynili się katolicy z różnych krajów to jednak zasługi Polaków były największe; Pan Ciurlak spod Rzeszowa przekazał 7 ha ziemi pod budowę, p. Dworak był głównym donatorem, a p. Sławiński wyposażył wnętrze! Słusznie sanktuarium nazywane jest „Polską Fatimą”, więc przed odjazdem i stąd pobrałem grudę ziemi na Kopiec J. Piłsudskiego.

X

Z innych ciekawszych miejsc na terenie USA skąd przywiozłem ziemię na Kopiec Marszałka w Krakowie na uwagę zasługuje:

Ziemia pobrana ( 2.07.2002 r.) z grobu Bolesława Jasińskiego, żołnierza z czasów II wojny światowej w służbie USA z cmentarza Mt Carmel w Chicago. Jego mogiła znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie grobu słynnego szefa mafii Alfonso Capone, oraz z grobu znanej patriotki i działaczki polonijnej lat „dwudziestych” ub. wieku- Klary Sieczkowskiej z cmentarza Mt Olivet w Detroit. Ten drugi cmentarz odwiedziłem 10 lipca 2002r. dzięki uprzejmości i pomocy p. Tamary Sochackiej dyrektorki biblioteki publicznej w Hamtramck. Cmentarz nie prezentuje się zbyt okazale. Jest tam imponująca brama wyjściowa i kilkanaście dużych pomników. Tylko nieliczni mają grobowce, pozostali pochowani zostali pod małą betonową płytką. Z trudem udało się odnaleźć „grób” Klary Sieczkowskiej. Płytka zarosła trawą, a napis był już prawie nieczytelny. Usunąłem trawę, uporządkowałem otoczenie, pobrałem ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego i zapaliłem znicze.

Warto wspomnieć, że obok Chicago Detroit jest najbardziej polskim miastem w USA. W samym środku znajduje się polskie Hamtramck. W 1901r. była to wieś z ok. 3 tys. mieszkańców ( głównie Niemców ) w 1910 r. bracia Dodge zaczęli budować fabrykę samochodów. Z całych Stanów Zjednoczonych zaczęły napływać tysiące Polaków, którzy podobno na początku lat „20” stanowili ok. 95% populacji. W 1922 r. Polacy przejęli miasto od Niemców. Po wielkim paleniu Detroit w latach 1968-78 Polacy zaczęli opuszczać to miasto. W ich miejsce przybywali Murzyni, Ukraińcy, Hindusi i imigranci z Bangla Deszu. Ogromny dorobek kilku pokoleń Polaków został zniszczony, wypalone zostały sklepy przy słynnej „Złotej polskiej mili”, z 35 pięknych polskich kościołów jakie tu wzniesiono ocalały zaledwie 3!

WYPRAWA DLA UCZCZENIA POLSKIEGO WYCHODŹSTWA Z ROSJI

Trasa samotnej wyprawy dookoła świata 2002- 2003 r. przebiegała przez Finlandię, Islandię , Nowy Jork, Chicago,Toronto, Winnipeg do Vancouver, a następnie przez Kalifornię, Arizonę, Meksyk, Gutemalę, Honduras, Nikaraguę, Costa Ricę, Panamę, Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię, Argentynę, Chile i przez Azję do Europy. W trakcie tej ekspedycji byłem w większości ośrodków polonijnych za oceanem, spotkałem wielu znanych Polaków, odwiedzałem polskie cmentarze i groby!

Po odwiedzeniu, Nowego Jorku, Chicago i Detroit udałem się do London. Za najważniejsze wydarzenie 2002r. w Kanadzie uznano wizytę Ojca Świętego Jana Pawła II i Światowe Dni Młodzieży w Toronto w lipcu 2002r. Nim tam przybyłem odwiedziłem swych kuzynów w Ontario. 80 lat temu do Hamilton przybył wujek , który pracował przy budowie oczyszczalni ścieków, a za zarobione pieniądze kupił 40 hektarową farmę. Lata prosperity po wielkim kryzysie 1929-32 i wojna w Europie sprawiła, ze wkrótce zakupiono nowe farmy. Przybywali też inni Polacy, karczowali lasy, budowali domy, szkoły i kościoły, a obok cmentarze. Wujek i ciocia dawno już umarli i pochowano ich na cmentarzu w Otterville. W większości mogił spoczywają tu polscy emigranci. Nagrobki przypominają te z nad Wisły.

Z Mogiły cioci pobrałem ziemię na Kopiec Marszałka Piłsudskiego! Przy okazji odwiedziliśmy Norwich gdzie mieszkają Mennite, grupa etniczna z Meksyku. Nie używają samochodów, prądu, maszyn rolniczych, uprawiają ziemię końmi, wykonują ręcznie meble. Ich większe skupisko znajduje się w Kitchener.

W lipcu 2002r. na 533 m. wieżę telewizyjną w Toronto, najwyższy obiekt świata udekorowano krzyżem, krzyż był na lotnisku, na kościele anglikańskim… Światowe Dni Młodzieży i wizyta Ojca Świętego Jana Pawła II uznano za wydarzenie roku w Kanadzie. To były przede wszystkim wielkie dni stolicy stanu Ontario- 400 tys. młodych ludzi z całego świata tańczyło, śpiewało i modliło się!

Wszędzie wyróżniały się „polskie dzieci” z Ameryki. Zresztą tylko Polacy mieli swój dzień był to „Polski dzień” w Centenial Park w którym uczestniczyło ok. 30 tys. rodaków!

Poza udziałem we wszystkich możliwych spotkaniach i uroczystościach związanych z pobytem Ojca Świętego Jana Pawła II występowałem w radio polonijnym pp. Piotrowskich- „Polonia” i miałem kilka ciekawych spotkań!

Zaś 25 lipca 2002r. wraz z krakowskim rzeźbiarzem Wiesławem Pięknym udaliśmy się pod pomnik Katyński i pomnik Kazimierza Gzowskiego skąd pobraliśmy ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego.

Gdy byłem w Toronto w 2000r. trudno było zorientować się z opisów w gablotach obok popiersia, że Kazimierz Gzowski to Polak. Może to wizyta JP II sprawiła, że ktoś się odważył, a może zainteresował biografią tego wielkiego rodaka?

Warto poświęcić mu kilka zdań? Urodził się w 1813r. w Petersburgu. Ukończył słynne Liceum Krzemienieckie. Pasjonował się architekturą, językami, literaturą i geodezją. Wcielony do wojska carskiego brał udział w powstaniu listopadowym. Internowany przez Austriaków, został z Triestu deportowany wraz grupą ok. 1000 powstańców do Nowego Jorku. W 1839r. ożenił się z Marią Bebe. Mieli ośmioro dzieci. Dwa lata później gubernator Sir Ch. Bagst zatrudnił go do budowy mostów, dróg, latarni morskich. Jego wielkie dzieła to most między Fortem Eirse i Buffalo i most Niagara. Był pierwszym dyrektorem Parku Narodowego Niagara.

Ojczyzną moją jest łan

Łan Polski- prostej , serdecznej

Niech mi pozwoli Pan

W nim znaleźć spoczynek wieczny!”

( napis anonimowego autora w Muzeum w Cook’s Creek )

Do Winnipegu w samym środku Kanady zaprosiła mnie moja bliska kuzynka Helena. Przywykłem już do tego, że nikt mnie nie żegna i nie wita. Tym razem miało być inaczej… Wiesiek Piękny pożegnał mnie w Toronto i o 17oo autobus ruszył w daleką podróż do serca Kanady. W nocy dotarliśmy do Sudbury, gdzie nastąpiła wymiana autobusu, a rano zobaczyliśmy brzeg J. Górnego.W ciągu dnia przejeżdżaliśmy przez tereny polodowcowe; wyschnięte i połamane drzewa, nagie skały i karłowatą tajgę kanadyjską. Na trasie z rzadka obserwowałem domy drewniane, b. skromne, bez ogrodzeń, sprzęt rolniczy, brak zakładów przemysłowych ! Cały dzień była piękna pogoda i oto wieczorem nastąpiła radykalna zmiana; straszliwa burza z wyładowaniami atmosferycznymi i gradem sprawiła, że do Winnipegu przyjechaliśmy 45 minut później.

Z opowiadań dalekiej kuzynki Zosi, której ojciec przybył do Kanady przed II wojną światową dowiedziałem się jakie były początki polskiej emigracji w Manitobie: „W swych rodzinnych stronach sprzedawali cały majątek by opłacić podróż i często z jedną walizką, w której było trochę jedzenia, buty, kilka koszul, spodnie, koc, zdjęcia najbliższych, różaniec, święty obrazek, przybywali do nieznanego i nieprzyjaznego kraju. Byli to ludzie biedni, niewykształceni, nie znający miejscowego języka i obyczajów. Gdy w 1897r. znalazło się tu 15 polskich rodzin niemal wszędzie były lasy, jeziora, bagna, łąki i nieużytki. Nie było żadnych dróg ani kanałów. Aby się gdzieś dostać trzeba było korzystać z wąskich i dość niebezpiecznych ścieżek indiańskich. Dokuczał brak żywności, ubioru, komary i straszliwa samotność! W podobnej sytuacji byli Ukraińcy, Czesi, Słowacy i Niemcy. By przetrwać szukali oparcia wśród tych, którzy należą przynajmniej do zbliżonej kultury, religii i historii. Tu w dalekiej Manitobie łączyli się razem by dać początek wspólnocie parafialnej, która pozwoliła im odnaleźć swą tożsamość. Kościół był im bardziej potrzebny niż lepianka!”

Zaintrygowany tą opowieścią i dramatycznymi losami ojca Zosi od pierwszego dnia pobytu w Manitobie rozpocząłem swoje poszukiwania polskich śladów w Winnipegu i okolicy.

Jeszcze spałem u Helenki , a już jej mieszkanie wypełniło się licznymi gośćmi . Przyszli mnie oglądać! Z początku czułem się jak eksponat muzealny, później już do tego przywykłem. Byłem też zdumiony, gdy okazało się jak wielu rówieśników z moich stron znalazło tu w sercu Kanady „swoje miejsce na ziemi”.

Około południa 1 sierpnia 2002 r w kilkuosobowym gronie udaliśmy się do kościoła Św. Ducha na uroczystości żałobne p. Jankowskiej, kuzynki męża Helenki. Na cmentarzu, takim jak w Polsce były krótkie modlitwy z udziałem kapłana i licznego grona przyjaciół zmarłej. Z kwatery AK pobrana została ziemia na kopiec J. Piłsudskiego, a następnie udaliśmy się do kościoła gdzie była stypa; krótkie spotkanie i posiłek. Wieczorem odwiedził mnie historyk z Tarnowa p. Henryk Kurzawa z gotowym programem zwiedzania (i pobrania ziemi na Kopiec J. Piłsudskiego) w Winnipegu i okolicy.

Wcześnie rano 2 sierpnia 2002r. z Helenką, p. Henrykiem, i Bronkiem udaliśmy się w kierunku Birds Hill Park gdzie 16.września 1984r. był goszczony Ojciec Święty Jan Pawel II . W środku obszernej polany usypano kopiec gdzie był ołtarz. Dziś na jego miejscu znajduje się pamiątkowy obelisk.

W pobliżu parku znajduje się Cmentarz Pine Ridge, jeden z najstarszych w Manitobie. Obelisk ufundowany przez Polskich Księży w 1971r przypomina, że tu w 1817r pochowano żołnierzy napoleońskich, pierwszych polskich osadników nad rz. Czerwoną.

Po obiedzie u kolegi Bronka w Tyndall odwiedziliśmy jeszcze najstarszy polski kościół w Kanadzie i muzeum Dziedzictwa Polskiego w Cook’s Creek powstałe z inicjatywy duszpasterza z Moraw, ks. Alojzego Krivanka.

Muzeum w Cook’s Creek poprzez prezentację autentycznych zdjęć, dokumentów , narzędzi, naczyń, mebli ubrań ukazuje trudy życia codziennego, a także przywiązanie do ziemi i wiary ojców , tradycje Szkół ludowych, „Sokoła”, powody emigracji; brankido obcych wojsk, ucisk podatkowy i narodowy, brak przemysłu i wielodzietność, a także trud jaki ponosił galicyjski chłop na ziemi kanadyjskiej, gdzie był używany do najcięższych prac na roli, w lasach i przy budowie kolei”.

Warto na koniec przytoczyć słowa ks. Piotra Miczko:

Jeśli przypadkiem nie jesteście nawet lepszymi od innych, to gorszymi żadną miarą nie jesteście i za takich uchodzić nie możecie…” `

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 5 ZIEMIE Z AFRYKI– wspomnienia Władysława Grodeckiego

Afryka

 grodecki.eufrutki.net/

 

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

Władysław Grodecki

cz. 5 Ziemie z Afryki

Lecąc z Bombaju zauważyłem brzeg Afryki, a później żyrafy w Parku Narodowym Nairobi Wysiadłem z samolotu w stolicy Kenii. Na lotnisku jak zwykle nikt nie czekał… Po wymianie pieniędzy i załatwieniu wizy kenijskiej starałem się dotrzeć do Polskich Franciszkanów w Ruiri. Jedynym środkiem transportu z lotniska do miasta było taxi, jednak żaden z licznych tu „przewoźników” nie potrafił określić gdzie jest Ruiri, a i ceny wydawały mi się zbyt wygórowane ( ok. 100 USD ). Wreszcie zdecydowałem, ze pojadę z czarnym kierowcą (za 33 USD ) Po ok. dwóch godzinach jazdy przez tchnące grozą dzielnice biedoty dotarliśmy do Ośrodka Franciszkanów w Ruiru i tam przełożony o. Bernardo z Italii uświadomił nam, że Ruiru to nie to samo co Ruiri, że Ruiri jest odległe od Nairobi o ok. 240 km. Uczynny Włoch starał się pomóc i skontaktował mnie z Ośrodkiem Formacyjnym Franciszkanów przy ul. Langata. Jednak na pokonanie ok. 5 km. kierowca, kenijczyk potrzebował ok 3,5 godziny.

W trakcie jazdy przypomniałem sobie słowa, które kiedyś powiedział mi misjonarz pracujący wiele lat w Afryce: „Jeśli czarny taksówkarz zorientuje się, że przybyły tu biały turysta, misjonarz czy biznesmen, nie zna miasta i miejscowych obyczajów to wozi go po mieście tak długo aż ten przekaże mu wszystkie pieniądze, które posiada! „

Gdy w pewnym momencie do taxi wsiadł jeszcze jeden murzyn, byłem przerażony…

Na szczęście skończyło się na strachu!

Dni pobytu u Franciszkanów Polskich z Prowincji Północnej w Nairobi nie wspominam najmilej. Wyprowadziłem się po czterech dniach do Schroniska Młodzieżowego. W tym czasie odwiedziłem Ambasadę RP, a przyjęcie i pomoc Ambasadora Andrzeja Olszówki, sprawiło że inaczej spojrzałem na ten kraj.

Na początku odwiedziłem cmentarz przy ul. Langata (4.03.1998r ), gdzie jest kilka polskich grobów, a później z konsulem Wojciechem Jasińskim byłem w domu słynnej Karen Blixen i na cmentarzu wojennym, gdzie jest jeden grób polskiego żołnierza z II wojny światowej!

W tym czasie w Nairobi działał Klub Polaków, który co miesiąc organizował spotkania. Jednym z członków Klubu była p. Janina Jurkowska (znana jako Mama Roche- wyszła z Rosji z armią Andersa ), właścicielka dużego campingu ( gdzie spędziłem kilka nocy). Po czwartkowym spotkaniu Polaków w Ambasadzie RP udałem się nad J. Wiktorii, a później do Aruszy. Tam przyjmowali mnie pp. Edward Wojtowicz- znany w mieście rzeźnik i Sabina Szeliga ( także uchodźcy z „nieludzkiej ziemi”). Cel tej wizyty był oczywisty – odwiedzić największy polski cmentarz na ziemi afrykańskiej. Niestety b. rozczarowany poprzednimi wizytami Polaków p. Edward uważał, że muszę radzić sobie sam. Na cmentarz w Tangeru odległy o kilkadziesiąt km. od Aruszy udałem się autobusem, a później pieszo.

Wysiadłem z autobusu w samym środku Afryki. Kierowca wskazał mi palcem drogę. Ruszyłem w tym kierunku, ostrożnie rozglądając się wokoło. Samotny biały na takim bezdrożu, do tego z kamerą i aparatem, to łatwy cel. Bałem się. O odwrocie jednak nie było mowy. Do Tanzanii przybyłem przecież głównie po to, aby odnaleźć Tengeru. Po kilku kilometrach marszu zobaczyłem bramę, budynki, a później tubylców. Wydaje mi się, że byli to Masaje. Zacząłem chodzić od domu do domu i pytać , czy wiedzą , co tu kiedyś było i skąd wzięły się ich domy. Ale nikt z dzisiejszych mieszkańców Tengeru nie słyszał o jego przeszłości. Nikt też nie wiedział, albo nie chciał powiedzieć, jak trafić na cmentarz. W końcu jednak udało mi się znaleźć miejscowego, który mnie tam zaprowadził.

Szliśmy przedzierając się przez gęstą dżunglę. Widać, że rzadko tu ktoś zagląda. Około dwustu kamiennych nagrobków kryło się w wysokiej trawie. Obok rzymsko-katolickich było kilka prawosławnych i żydowskich. Wszystko sfilmowałem, a potem wziąłem stamtąd garstkę ziemi…

Tengeru to największy z pośród 22 polskich sierocińców na ziemi afrykańskiej rozrzuconych od równika aż po Przylądek Dobrej Nadziei. Dziś nie sposób już wszystkie odnaleźć, po niektórych nie pozostał nawet najdrobniejszy ślad. Dobrze zachowane są te miejsca, które znajdują się w pobliżu miast lub klasztorów. Trzeba jednak pamiętać, że część obozów była położona głęboko w buszu. Gdy odwiedzałem niektóre z nich nie mogłem uwierzyć, że tam w sercu dżungli afrykańskiej żyło kiedyś tysiące polskich kobiet i sierot.

Po Tengeru kolejny cmentarz z polskimi grobami który postanowiłem odwiedzić znajduje się w Dar es Salam. Hotele są tu drogie więc pomyślałem, że pierwszym pociągiem udam się do Zambii, gdzie miałem zapewnione darmowe noclegi. Jednak nim udałem się na Dworzec Kolejowy by kupić bilet, odwiedziłem Ambasadę RP, gdzie zostałem b. serdecznie przyjęty przez ówczesnego Charge de Affaires p. Rzewuskiego i jego małżonkę.

Gdy przedstawiłem im plany na najbliższe dni postanowili je trochę zmienić. Gdy z kierowcą Ambasady udałem się na miejscowy cmentarz gdzie jest kilkadziesiąt polskich mogił ( pobrałem ziemię 27.03.1998r. ) p. Rzewuski zadzwonił do kilku osób .

Gdy wróciłem czekał na mnie p. Adam Owoc – Krakowianin, szef polskich kolejarzy pracujących przy renowacji Tazary, który zabrał mnie do restauracji włoskiej nad samym brzegiem oceanu Indyjskiego, a później na nocleg do bazy „Swietelski”, firmy prowadzącej prace. Następnego dnia rano czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka; p. Rzewuski oznajmił mi, że czeka mnie prawdziwa „uczta duchowa”- mam zaproszenie do OO Salwatorianów w Morogoro, gdzie dotarłem jeszcze tego dnia. Przy wejściu do rozległego Seminarium Duchownego czekał na mnie dziekan prof. Wojciech Kowalski. Później powitał mnie rektor ks. Prof. Stanisław Golus i ks. Kazimierz Kubat., który opiekował się mną aż do samego wyjazdu. Następnego dnia, w niedzielę po mszy świętej i śniadaniu wraz ks. Kazimierzem, Michałem ( amerykańskim misjonarzem ) i Johnem Mkape ( kuzynem ówczesnego prezydenta Tanzanii ) udaliśmy się na teren dawnego obozu polskich dzieci. Wśród potężnych drzew ocalał okazały obelisk z polskim orłem i resztki zabudowań. W pobliżu jest cmentarz z 9 polskimi mogiłami. Ziemię z jednego grobu pobrał John Mkape, któremu opowiedziałem nie tylko o drodze życiowej tu pochowanych, ale i znaczeniu ceremonii składania ziem. John, który od lat opiekował się grobami polskich sierot był dumny gdy opowiedziałem mu jak niezwykła była droga tu pochowanych z Wilna czy Lwowa przez Syberię, Azję Środkową do Afryki.

Kolejne polskie groby znalazłem na cmentarzach w Lusace i Livingstone. Do Zambii dotarłem koleją słynną „Tamarą”. Polscy kolejarze odebrali mnie z Morogoro i przywieźli do Ifakary. Na trasie przejazdu przez PN Mikami mieliśmy „spotkanie ze słoniami”, o którym później dziennikarz Super Ekspresu napisał: „w Afryce odpierał ataki rozwścieczonych słoni”.

W Ifakarze, w środku dżungli kilka dni przyglądałem się życiu jej mieszkańców i pracy polskich inżynierów. Do Kapiri Mpochi jechałem półtorej doby w towarzystwie czterech Murzynów w przedziale i niezwykle urodziwych czarnych stewardess. Jedna z nich, Rita otrzymała zadanie od kierownika pociągu opiekowania się białym wędrowcą! W czasie jazdy z minuty na minutę czułem się coraz gorzej. Gdy szczęśliwie dotarłem do Kabwe i Bwacha Catolik Church brat Henryk – polski jezuita orzekł: malaria! Przez trzy dni miałem 41o C. W Niedzielę Palmową poczułem się lepiej, a dzień później odwiedziłem Adama Kardynała Kozłowieckiego w Mpunde Mission! Następne dni to okres rekonwalescencji już w Lusace u gościnnych Salezjanów w Buleni. W tym czasie odwiedziłem katolicką drukarnię TERESINA i cmentarz komunalny. Poza tubylcami, są tu kwatery; angielska, żydowska i polskich uchodźców z Rosji. Mój towarzysz- Salezjanin – Eugeniusz pobrał ziemię z jednego z grobów. Było to w Wielką Sobotę 11.04. 1998r.

Lusaka była moją bazą na terenie Zambii. Stamtąd autobusem dotarłem do słynnych wodospadów Wiktorii. Bez problemu odnalazłem Kurię i O. Stanisława Zyśka- werbistę, Generalnego Wikariusza Diecezji Livingstone, z którym od razu się zaprzyjaźniłem. Także proboszczowi katedry O. Józefowi b. przypadłem do gustu, bo nie tylko, że mnie zaprosił do siebie, ale nalegał bym został u niego na stałe i gotował mu pierogi! Jego upór sprawił, że zamiast w niedzielę wyjechałem dwa dni później. Opatrzność Boża? Miałem wracać do Lusaki samochodem wraz z dwoma siostrami zakonnymi, ale dzięki O. Józefowi pozostałem!

Wieczorem dowiedziałem się, że siostry którym miałem towarzyszyć do Lusaki zginęły w wypadku samochodowym!

Tu był polski sierociniec i szkoła. W miejscowym muzeum jest jeszcze trochę pamiątek po polskich dzieciach, a na miejscowym cmentarzu cztery groby. O. Stanisław pobrał ziemię (17.04.1998r ) , którą poświęcono dwa dni później w Katedrze w Livingstone. Zebranej tu społeczności parafialnej o tragicznych losach sierot z dalekiej Polski opowiedział O. Józef

Po powrocie do Lusaki czekały na mnie dwie miłe niespodzianki: dowiedziałem się, że wiza do Zimbabwe jest do odebrania i zaproszenie do P. Konsul Honorowej RP Maryli Wiśniewskiej. U Państwa Wiśniewskich, chyba najzamożniejszych Polaków w Zambii (właściciele kamieniołomu marmuru, kliniki i jeszcze coś… ) spędziłem wieczór pożegnalny: najpierw na tarasie koło basenu oglądaliśmy zachód słońca, później obfita kolacja, drinki, prezenty, wpisy do ksiąg pamiątkowych i miła pogawędka!

Jeszcze w kraju , w trakcie przygotowań do wyprawy otrzymałem zaproszenie od najstarszego polskiego misjonarza diecezjalnego Januarego Liberskiego. O. January zapewniał mnie, że nie tylko on, ale również mieszkający tu Polacy czekają na mój przyjazd!

Po przybyciu do Harare pierwsze kroki skierowałem do Ambasady RP. O. January przygotował cały program pobytu w Zimbabwe. Pierwszą noc zatrzymałem się w Ambasadzie, ale następne u Bronka Juszczyka właściciela wielkiego zakładu naprawy samochodów. W poniedziałek 27.04 1998r. wraz z Józefem Hołomkiem- prezesem Stowarzyszenia Polaków w Zimbabwe, jego zastępcą Pawłem Czarneckim i Teresą Misiewicz- Członkiem Zarządu ds. kultury ( siostra P. Andrzeja Zolla ) udaliśmy się do Digglefoldu, gdzie w czasie wojny była polska szkoła. Stamtąd na stary cmentarz w Marandeli i cmentarz Greendale na przedmieściach Harare. Wszędzie została pobrana ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego.

W drodze powrotnej był obiad u P. Józefa Hołomka i krótka wizyta u P. Teresy Misiewicz! Najciekawszy okres w Zimbabwe to pobył w Misji Beatrice u ks. Januarego i wizyty w niektórych ( spośród ok. 60 wiosek gdzie sprawuje pracę duszpasterską ) parafiach. Warto wymienić kolonię Gawaza, gdzie było chrzczonych 102, Murzynów! Końcowym akcentem pobytu w Zimbabwe był udział w uroczystościach 3-Maja w Ambasadzie RP w Harare, a dwa dni później ( 5 maja ) na podobnej uroczystości dla korpusu dyplomatycznego akredytowanego w stolicy RPA Pretorii. Do odwiedzenia tego kraju zaprosił mnie prezes Stowarzyszenia Polaków w RPA Jerzy Sadowski, a nieocenioną pomoc w jego poznaniu udzieliła Jola de Virion, wdowa po wybitnym i niezwykle zasłużonym działaczu polonijnym Edwardzie!

Mimo trudności w osiedlaniu ten kraj przyjął największą liczbę polskich emigrantów. W RPA był też jeden sierociniec w Outshoorn. Pierwszy transport z Persji, który wypłynął z początku lutego 1943r. został zaatakowany przez łodzie podwodne w okolicach Madagaskaru i wszyscy zginęli. Tę wielką tragedię dzieci – sierot i półsierot wyrwanych z objęć śmierci w Rosji- trzymano w tajemnicy przez wiele lat. Zorganizowano więc drugi transport ok. 500 osób. Mimo, że Polacy nie dotrzymali umowy ( miało być 50% , a było 60% chłopców, zamiast dzieci od 5-12 lat ponad połowę miało powyżej 12 lat, zamiast 100% pełnych sierot było 15% , półsierot było 40 %, a wiele dzieci miało oboje rodziców! ) wydano zgodę na wyjazd do Oudtshoorn. Istniejący od kwietnia 1943r. do połowy 1947r. obóz nazywano Domem Dzieci Polskich. Początkowo był finansowany przez rząd emigracyjny w Londynie, a później przez władze RPA, Polonię z USA i Argentyny. Pomagali miejscowi farmerzy! Były tu baraki mieszkalne, administracyjne, szkoły i świetlice.

Dziś po obozie nie pozostało śladu. W Oudshoorn umarła pamięć o polskich dzieciach. Nikt nie potrafił mi powiedzieć gdzie był obóz, a w miejscowym muzeum ( skąd pobrałem ziemię 21. 05.1998r ) jest bogato wyposażona synagoga przypominająca o obecności Żydów w tym mieście i zaledwie trochę pięknych haftów, wykonanych przez utalentowane dzieci polskie. Przykro pisać, że ta najbogatsza Polonia świata nie dba o pomniki naszej przeszłości. W RPA Polacy nie wybudowali ani jednego kościoła, ani jednego Domu Polskiego. Żaden z pytanych rodaków nie był w Oudshoorn, większość nawet o tym sierocińcu nie słyszała.

Znamienne jest i to, że z George do Oudshoorn zawiozła mnie pani Delacroix!