Jak Dzielnica V Krakowa maszeruje po niepodległość

DSCF1826

Jak Dzielnica V Krakowa maszeruje po niepodległość

Dzielnica V Krakowa http://www.dzielnica5.krakow.pl/ obejmuje swym zasięgiem tereny niezwykle zasłużone dla walki o niepodległość (rejon Oleandrów), jak i o upamiętnienie wielkich Polaków XX wieku (Park Jordana).

Niestety zarządzający Dzielnicą jakby alergicznie reagują na przejawy (szczególnie niezależnego od władz Dzielnicy) patriotyzmu, stąd nie tak dawno oznajmili mieszkańcom Dzielnicy, ( w wydawanej na koszt podatnika, mieszkańca Dzielnicy gazetce – Wiadomości Lokalne), że nadmiar patriotyzmu w Parku Jordana ich uwiera, pomników i uroczystości patriotycznych jest tam za dużo, a co gorsza planuje się kolejne. (Strach przed patriotyzmem i edukacją ogarnął radnych Dzielnicy V w Krakowie ? – https://wkrakowie2014.wordpress.com/2014/04/12/strach-przed-patriotyzmem-i-edukacja-ogarnal-radnych-dzielnicy-v-w-krakowie/ ).

Tego strachu przed patriotyzmem chyba nie podzielają mieszkańcy Dzielnicy (ani Krakowa) bo w uroczystościach biorą tłumnie udział, a zarządzający Miastem jak do tej pory na ten patriotyzm dają przyzwolenie.

Chyba dotarło to też do władz Dzielnicy V, bo ostatnia gazetka dzielnicowa (lipiec 2014) zaczyna się „ Marszem po niepodległość’. Redaktorzy gazetki – władze Dzielnicy – zapewne uznali, że jednak na 100 lecie wymarszu Kadrówki po niepodległość i to z tej właśnie dzielnicy, dalej błaźnić się nie wypada, bo jeszcze ludziska ich mogą wygwizdać na licznych uroczystościach planowanych z tej okazji w Krakowie – http://krakow.pl/aktualnosci/126321,26,komunikat,pomaszeruja_szlakiem_kadrowki.html. No a przy tym wybory za pasem, więc w marszu przedwyborczym trzeba krok trzymać.

Przy takiej kondycji intelektualnej nie jest to jednak proste. W tekście ( i na zdjęciach) tej gazetki odniesiono się jedynie do historii ignorując czasy obecne – tj. opłakany stan Oleandrów (Dom Piłsudskiego i otoczenie) znajdujących się na terenie Dzielnicy V.

Nie zilustrowano tego miejsca ani jednym aktualnym zdjęciem, nie podano ani jednej informacji dla mieszkańców dzielnicy (i Krakowa) co robił zarząd Dzielnicy, aby coś w tej materii zmienić, kogoś zaalarmować.

Stan Oleandrów to skandal stulecia Dzielnicy V i dobrze pokazuje jak tak naprawdę w Krakowie traktuje się dziedzictwo narodowe.

W tej samej gazetce dzielnica walczy i prosi mieszkańców o wsparcie walki o Park św. Wincentego a Paulo. A jest to walka na dwa fronty, z których jeden podobno (zdaniem władz dzielnicy) rozwinęli Misjonarze  http://www.misjonarska.pl/. Trudno szeregowym mieszkańcom w tej strategii frontowej się rozeznać i mieć zaufanie do ‚generalicji’ dzielnicowej, która walczy z patriotycznym Parkiem Jordana ( https://wkrakowie2013.wordpress.com/2013/08/03/park-jordana-pod-obywatelska-lupa/comment-page-1/  ) a na front walki o Oleandry nawet nie wyruszyła – nie wiadomo czy choćby palcem w bucie frontowym poruszyła, baaa, czy choćby buty frontowe założyła ? Czy zna tamtejsze stosunki własnościowe, planowane figury architektoniczne, możliwości rozwinięcia marszu po niepodległość w szyku zwartym ?

Nikogo z mieszkańców nie powinien zmylić opisany ”Marsz po niepodległość’ bo generałowie tej dzielnicy nawet o niepodległość dla Oleandrów nie potrafili zadbać. Więc dokąd oni tak naprawdę maszerują ?

Reklamy

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 5 ZIEMIE Z AFRYKI– wspomnienia Władysława Grodeckiego

Afryka

 grodecki.eufrutki.net/

 

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

Władysław Grodecki

cz. 5 Ziemie z Afryki

Lecąc z Bombaju zauważyłem brzeg Afryki, a później żyrafy w Parku Narodowym Nairobi Wysiadłem z samolotu w stolicy Kenii. Na lotnisku jak zwykle nikt nie czekał… Po wymianie pieniędzy i załatwieniu wizy kenijskiej starałem się dotrzeć do Polskich Franciszkanów w Ruiri. Jedynym środkiem transportu z lotniska do miasta było taxi, jednak żaden z licznych tu „przewoźników” nie potrafił określić gdzie jest Ruiri, a i ceny wydawały mi się zbyt wygórowane ( ok. 100 USD ). Wreszcie zdecydowałem, ze pojadę z czarnym kierowcą (za 33 USD ) Po ok. dwóch godzinach jazdy przez tchnące grozą dzielnice biedoty dotarliśmy do Ośrodka Franciszkanów w Ruiru i tam przełożony o. Bernardo z Italii uświadomił nam, że Ruiru to nie to samo co Ruiri, że Ruiri jest odległe od Nairobi o ok. 240 km. Uczynny Włoch starał się pomóc i skontaktował mnie z Ośrodkiem Formacyjnym Franciszkanów przy ul. Langata. Jednak na pokonanie ok. 5 km. kierowca, kenijczyk potrzebował ok 3,5 godziny.

W trakcie jazdy przypomniałem sobie słowa, które kiedyś powiedział mi misjonarz pracujący wiele lat w Afryce: „Jeśli czarny taksówkarz zorientuje się, że przybyły tu biały turysta, misjonarz czy biznesmen, nie zna miasta i miejscowych obyczajów to wozi go po mieście tak długo aż ten przekaże mu wszystkie pieniądze, które posiada! „

Gdy w pewnym momencie do taxi wsiadł jeszcze jeden murzyn, byłem przerażony…

Na szczęście skończyło się na strachu!

Dni pobytu u Franciszkanów Polskich z Prowincji Północnej w Nairobi nie wspominam najmilej. Wyprowadziłem się po czterech dniach do Schroniska Młodzieżowego. W tym czasie odwiedziłem Ambasadę RP, a przyjęcie i pomoc Ambasadora Andrzeja Olszówki, sprawiło że inaczej spojrzałem na ten kraj.

Na początku odwiedziłem cmentarz przy ul. Langata (4.03.1998r ), gdzie jest kilka polskich grobów, a później z konsulem Wojciechem Jasińskim byłem w domu słynnej Karen Blixen i na cmentarzu wojennym, gdzie jest jeden grób polskiego żołnierza z II wojny światowej!

W tym czasie w Nairobi działał Klub Polaków, który co miesiąc organizował spotkania. Jednym z członków Klubu była p. Janina Jurkowska (znana jako Mama Roche- wyszła z Rosji z armią Andersa ), właścicielka dużego campingu ( gdzie spędziłem kilka nocy). Po czwartkowym spotkaniu Polaków w Ambasadzie RP udałem się nad J. Wiktorii, a później do Aruszy. Tam przyjmowali mnie pp. Edward Wojtowicz- znany w mieście rzeźnik i Sabina Szeliga ( także uchodźcy z „nieludzkiej ziemi”). Cel tej wizyty był oczywisty – odwiedzić największy polski cmentarz na ziemi afrykańskiej. Niestety b. rozczarowany poprzednimi wizytami Polaków p. Edward uważał, że muszę radzić sobie sam. Na cmentarz w Tangeru odległy o kilkadziesiąt km. od Aruszy udałem się autobusem, a później pieszo.

Wysiadłem z autobusu w samym środku Afryki. Kierowca wskazał mi palcem drogę. Ruszyłem w tym kierunku, ostrożnie rozglądając się wokoło. Samotny biały na takim bezdrożu, do tego z kamerą i aparatem, to łatwy cel. Bałem się. O odwrocie jednak nie było mowy. Do Tanzanii przybyłem przecież głównie po to, aby odnaleźć Tengeru. Po kilku kilometrach marszu zobaczyłem bramę, budynki, a później tubylców. Wydaje mi się, że byli to Masaje. Zacząłem chodzić od domu do domu i pytać , czy wiedzą , co tu kiedyś było i skąd wzięły się ich domy. Ale nikt z dzisiejszych mieszkańców Tengeru nie słyszał o jego przeszłości. Nikt też nie wiedział, albo nie chciał powiedzieć, jak trafić na cmentarz. W końcu jednak udało mi się znaleźć miejscowego, który mnie tam zaprowadził.

Szliśmy przedzierając się przez gęstą dżunglę. Widać, że rzadko tu ktoś zagląda. Około dwustu kamiennych nagrobków kryło się w wysokiej trawie. Obok rzymsko-katolickich było kilka prawosławnych i żydowskich. Wszystko sfilmowałem, a potem wziąłem stamtąd garstkę ziemi…

Tengeru to największy z pośród 22 polskich sierocińców na ziemi afrykańskiej rozrzuconych od równika aż po Przylądek Dobrej Nadziei. Dziś nie sposób już wszystkie odnaleźć, po niektórych nie pozostał nawet najdrobniejszy ślad. Dobrze zachowane są te miejsca, które znajdują się w pobliżu miast lub klasztorów. Trzeba jednak pamiętać, że część obozów była położona głęboko w buszu. Gdy odwiedzałem niektóre z nich nie mogłem uwierzyć, że tam w sercu dżungli afrykańskiej żyło kiedyś tysiące polskich kobiet i sierot.

Po Tengeru kolejny cmentarz z polskimi grobami który postanowiłem odwiedzić znajduje się w Dar es Salam. Hotele są tu drogie więc pomyślałem, że pierwszym pociągiem udam się do Zambii, gdzie miałem zapewnione darmowe noclegi. Jednak nim udałem się na Dworzec Kolejowy by kupić bilet, odwiedziłem Ambasadę RP, gdzie zostałem b. serdecznie przyjęty przez ówczesnego Charge de Affaires p. Rzewuskiego i jego małżonkę.

Gdy przedstawiłem im plany na najbliższe dni postanowili je trochę zmienić. Gdy z kierowcą Ambasady udałem się na miejscowy cmentarz gdzie jest kilkadziesiąt polskich mogił ( pobrałem ziemię 27.03.1998r. ) p. Rzewuski zadzwonił do kilku osób .

Gdy wróciłem czekał na mnie p. Adam Owoc – Krakowianin, szef polskich kolejarzy pracujących przy renowacji Tazary, który zabrał mnie do restauracji włoskiej nad samym brzegiem oceanu Indyjskiego, a później na nocleg do bazy „Swietelski”, firmy prowadzącej prace. Następnego dnia rano czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka; p. Rzewuski oznajmił mi, że czeka mnie prawdziwa „uczta duchowa”- mam zaproszenie do OO Salwatorianów w Morogoro, gdzie dotarłem jeszcze tego dnia. Przy wejściu do rozległego Seminarium Duchownego czekał na mnie dziekan prof. Wojciech Kowalski. Później powitał mnie rektor ks. Prof. Stanisław Golus i ks. Kazimierz Kubat., który opiekował się mną aż do samego wyjazdu. Następnego dnia, w niedzielę po mszy świętej i śniadaniu wraz ks. Kazimierzem, Michałem ( amerykańskim misjonarzem ) i Johnem Mkape ( kuzynem ówczesnego prezydenta Tanzanii ) udaliśmy się na teren dawnego obozu polskich dzieci. Wśród potężnych drzew ocalał okazały obelisk z polskim orłem i resztki zabudowań. W pobliżu jest cmentarz z 9 polskimi mogiłami. Ziemię z jednego grobu pobrał John Mkape, któremu opowiedziałem nie tylko o drodze życiowej tu pochowanych, ale i znaczeniu ceremonii składania ziem. John, który od lat opiekował się grobami polskich sierot był dumny gdy opowiedziałem mu jak niezwykła była droga tu pochowanych z Wilna czy Lwowa przez Syberię, Azję Środkową do Afryki.

Kolejne polskie groby znalazłem na cmentarzach w Lusace i Livingstone. Do Zambii dotarłem koleją słynną „Tamarą”. Polscy kolejarze odebrali mnie z Morogoro i przywieźli do Ifakary. Na trasie przejazdu przez PN Mikami mieliśmy „spotkanie ze słoniami”, o którym później dziennikarz Super Ekspresu napisał: „w Afryce odpierał ataki rozwścieczonych słoni”.

W Ifakarze, w środku dżungli kilka dni przyglądałem się życiu jej mieszkańców i pracy polskich inżynierów. Do Kapiri Mpochi jechałem półtorej doby w towarzystwie czterech Murzynów w przedziale i niezwykle urodziwych czarnych stewardess. Jedna z nich, Rita otrzymała zadanie od kierownika pociągu opiekowania się białym wędrowcą! W czasie jazdy z minuty na minutę czułem się coraz gorzej. Gdy szczęśliwie dotarłem do Kabwe i Bwacha Catolik Church brat Henryk – polski jezuita orzekł: malaria! Przez trzy dni miałem 41o C. W Niedzielę Palmową poczułem się lepiej, a dzień później odwiedziłem Adama Kardynała Kozłowieckiego w Mpunde Mission! Następne dni to okres rekonwalescencji już w Lusace u gościnnych Salezjanów w Buleni. W tym czasie odwiedziłem katolicką drukarnię TERESINA i cmentarz komunalny. Poza tubylcami, są tu kwatery; angielska, żydowska i polskich uchodźców z Rosji. Mój towarzysz- Salezjanin – Eugeniusz pobrał ziemię z jednego z grobów. Było to w Wielką Sobotę 11.04. 1998r.

Lusaka była moją bazą na terenie Zambii. Stamtąd autobusem dotarłem do słynnych wodospadów Wiktorii. Bez problemu odnalazłem Kurię i O. Stanisława Zyśka- werbistę, Generalnego Wikariusza Diecezji Livingstone, z którym od razu się zaprzyjaźniłem. Także proboszczowi katedry O. Józefowi b. przypadłem do gustu, bo nie tylko, że mnie zaprosił do siebie, ale nalegał bym został u niego na stałe i gotował mu pierogi! Jego upór sprawił, że zamiast w niedzielę wyjechałem dwa dni później. Opatrzność Boża? Miałem wracać do Lusaki samochodem wraz z dwoma siostrami zakonnymi, ale dzięki O. Józefowi pozostałem!

Wieczorem dowiedziałem się, że siostry którym miałem towarzyszyć do Lusaki zginęły w wypadku samochodowym!

Tu był polski sierociniec i szkoła. W miejscowym muzeum jest jeszcze trochę pamiątek po polskich dzieciach, a na miejscowym cmentarzu cztery groby. O. Stanisław pobrał ziemię (17.04.1998r ) , którą poświęcono dwa dni później w Katedrze w Livingstone. Zebranej tu społeczności parafialnej o tragicznych losach sierot z dalekiej Polski opowiedział O. Józef

Po powrocie do Lusaki czekały na mnie dwie miłe niespodzianki: dowiedziałem się, że wiza do Zimbabwe jest do odebrania i zaproszenie do P. Konsul Honorowej RP Maryli Wiśniewskiej. U Państwa Wiśniewskich, chyba najzamożniejszych Polaków w Zambii (właściciele kamieniołomu marmuru, kliniki i jeszcze coś… ) spędziłem wieczór pożegnalny: najpierw na tarasie koło basenu oglądaliśmy zachód słońca, później obfita kolacja, drinki, prezenty, wpisy do ksiąg pamiątkowych i miła pogawędka!

Jeszcze w kraju , w trakcie przygotowań do wyprawy otrzymałem zaproszenie od najstarszego polskiego misjonarza diecezjalnego Januarego Liberskiego. O. January zapewniał mnie, że nie tylko on, ale również mieszkający tu Polacy czekają na mój przyjazd!

Po przybyciu do Harare pierwsze kroki skierowałem do Ambasady RP. O. January przygotował cały program pobytu w Zimbabwe. Pierwszą noc zatrzymałem się w Ambasadzie, ale następne u Bronka Juszczyka właściciela wielkiego zakładu naprawy samochodów. W poniedziałek 27.04 1998r. wraz z Józefem Hołomkiem- prezesem Stowarzyszenia Polaków w Zimbabwe, jego zastępcą Pawłem Czarneckim i Teresą Misiewicz- Członkiem Zarządu ds. kultury ( siostra P. Andrzeja Zolla ) udaliśmy się do Digglefoldu, gdzie w czasie wojny była polska szkoła. Stamtąd na stary cmentarz w Marandeli i cmentarz Greendale na przedmieściach Harare. Wszędzie została pobrana ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego.

W drodze powrotnej był obiad u P. Józefa Hołomka i krótka wizyta u P. Teresy Misiewicz! Najciekawszy okres w Zimbabwe to pobył w Misji Beatrice u ks. Januarego i wizyty w niektórych ( spośród ok. 60 wiosek gdzie sprawuje pracę duszpasterską ) parafiach. Warto wymienić kolonię Gawaza, gdzie było chrzczonych 102, Murzynów! Końcowym akcentem pobytu w Zimbabwe był udział w uroczystościach 3-Maja w Ambasadzie RP w Harare, a dwa dni później ( 5 maja ) na podobnej uroczystości dla korpusu dyplomatycznego akredytowanego w stolicy RPA Pretorii. Do odwiedzenia tego kraju zaprosił mnie prezes Stowarzyszenia Polaków w RPA Jerzy Sadowski, a nieocenioną pomoc w jego poznaniu udzieliła Jola de Virion, wdowa po wybitnym i niezwykle zasłużonym działaczu polonijnym Edwardzie!

Mimo trudności w osiedlaniu ten kraj przyjął największą liczbę polskich emigrantów. W RPA był też jeden sierociniec w Outshoorn. Pierwszy transport z Persji, który wypłynął z początku lutego 1943r. został zaatakowany przez łodzie podwodne w okolicach Madagaskaru i wszyscy zginęli. Tę wielką tragedię dzieci – sierot i półsierot wyrwanych z objęć śmierci w Rosji- trzymano w tajemnicy przez wiele lat. Zorganizowano więc drugi transport ok. 500 osób. Mimo, że Polacy nie dotrzymali umowy ( miało być 50% , a było 60% chłopców, zamiast dzieci od 5-12 lat ponad połowę miało powyżej 12 lat, zamiast 100% pełnych sierot było 15% , półsierot było 40 %, a wiele dzieci miało oboje rodziców! ) wydano zgodę na wyjazd do Oudtshoorn. Istniejący od kwietnia 1943r. do połowy 1947r. obóz nazywano Domem Dzieci Polskich. Początkowo był finansowany przez rząd emigracyjny w Londynie, a później przez władze RPA, Polonię z USA i Argentyny. Pomagali miejscowi farmerzy! Były tu baraki mieszkalne, administracyjne, szkoły i świetlice.

Dziś po obozie nie pozostało śladu. W Oudshoorn umarła pamięć o polskich dzieciach. Nikt nie potrafił mi powiedzieć gdzie był obóz, a w miejscowym muzeum ( skąd pobrałem ziemię 21. 05.1998r ) jest bogato wyposażona synagoga przypominająca o obecności Żydów w tym mieście i zaledwie trochę pięknych haftów, wykonanych przez utalentowane dzieci polskie. Przykro pisać, że ta najbogatsza Polonia świata nie dba o pomniki naszej przeszłości. W RPA Polacy nie wybudowali ani jednego kościoła, ani jednego Domu Polskiego. Żaden z pytanych rodaków nie był w Oudshoorn, większość nawet o tym sierocińcu nie słyszała.

Znamienne jest i to, że z George do Oudshoorn zawiozła mnie pani Delacroix!

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 4 ZIEMIE Z AUSTRALII I OCEANII– wspomnienia Władysława Grodeckiego

Stan Wiśniewski na Mai Moana (atol Bora Bora)

(na atolu Bora Bora –http://grodecki.eufrutki.net/ )

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

Władysław Grodecki

cz. 4

ZIEMIE Z AUSTRALII I OCEANII

2 stycznia 1993r wczesnym rankiem w promieniach wschodzącego słońca z pokładu samolotu Air Lanca zobaczyłem Australię- kontynent zagubiony wśród mórz. Wszystko tu ogromne; wielkie przestrzenie, najwyższe drzewa świata ( eukaliptusy ), najpotężniejszy monolit Ayers Rock- święta góra w Parku Narodowym Uluru, największa rafa koralowa… Także strach, który mi towarzyszył gdy postawiłem stopę na tym kontynencie był bez porównania większy niż kiedykolwiek dotąd. Przecież na ok. 16 miesięczną wyprawę dookoła świata pozostało mi zaledwie ok. 800 USD, nie miałem zaproszenia od stałego mieszkańca tego kraju, biletu wyjazdowego, ani powrotnego, i nie mogłem legalnie pracować ( pieczęć w paszporcie „no work” )! Pierwsza doba spędzona na ziemi australijskiej była prawdziwym koszmarem. Jeszcze raz potwierdziła się stara prawda, że Polacy; ten wspaniały, dzielny i zdolny naród na obczyźnie nie pomaga sobie. Dzwoniliśmy z lotniska, a później z dworca kolejowego z prośbą o gościnę,. W tej krytycznej chwili, gdy po kolejnej odmowie udzielenia choćby jednodniowej gościny ( mimo, że wiele osób, jak się później okazało miało świetne warunki ) wydawało mi się, że wszystko się „wali” pierwszym, który podał mi „pomocną dłoń” był ks. Chrystusowiec Franciszek Feruga.

Podstawowym problemem było zdobycie pieniędzy na dalszą podróż. Na szczęście Australia to ogromny kraj gdzie przez cały rok coś dojrzewa: pomarańcze, mandarynki, nektarynki, truskawki, jabłka, gruszki. Mimo oficjalnego zakazu udało się zrywać gruszki w Sheppartonie i jabłka w Pakenhamie. W weekendy odwiedzałem, znajomych i przyjaciół, podróżowałem po kraju i często wracałem do Melbourne!

14.III.. 1993r. po mszy świętej dla Polaków w Dandenongu ( przedmieścia Melbourne ) ks. Franciszek Feruga powiedział : „za tydzień odprawiona zostanie msza święta przed ołtarzem- arką ( pamiątka po wizycie Jana Pawła II w Melbourne ) obok szkoły im. Józefa Piłsudskiego. Przy okazji zostanie pobrana i poświęcona ziemia, która zostanie następnie złożona na Kopcu Marszałka w Krakowie!”

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany dzień – niedziela 20 marca. Z rana odebrałem bagaż od ks. Franciszka i przeprowadziłem się do p. Franciszka Tyszki, ale już o 11.30 byłem w Domu Polskim „Syrena” ( tu mieściła się Polska Szkoła Sobotnia im. J. Piłsudskiego ).

Ku mojemu zdumieniu mimo pory wakacyjnej na uroczystość przybyło ok. 200 osób: rodzice, nauczyciele i liczne grono młodzieży i dzieci!

W swej homilii ks. Franciszek przypomniał biografię Marszałka i pochwalił rodziców za to, że wybrali za patrona tak wspaniałego człowieka, człowieka, któremu Polska zawdzięcza niepodległość: „Dobrze się składa, że dzień imienin Marszałka, który przed wojną był obchodzony przez szerokie kręgi społeczeństwa, jest dniem szkoły”.

Kazanie ks. Franciszka było tak piękne, patriotyczne, że mnie wypadło tylko opowiedzieć o Kopcu J. Piłsudskiego; historię sypania i jego ocalenia w trudnych latach PRL-u oraz o tradycji składania ziem! Korzystając z okazji przekazałem dla szkoły Lajkonika i przezrocza najcenniejszych zabytków Krakowa- ulubionego miasta Komendanta, a Prezesowi Domu Polskiego „Syrena” Wiktorowi Hołdzie medal okolicznościowy wyprawy!

Po mszy świętej dwójka najmłodszych uczniów szkoły pobrała ziemię, którą poświęcił ks. Franciszek, Uroczystość zakończyło wystąpienie p. Hołdy i „Pierwsza brygada”.

X

Polskie mogiły i świadectwa działalności naszych rodaków można spotkać niemal w każdym kraju świata jest ich niemało nawet na wyspach Pacyfiku. Znalazłem je na Hawajach i w Polinezji Francuskiej!

31 maja 1993r. o godz. 19.45 samolot Air Continental wystartował z nowozelandzkiego Auckland , a wylądował na odległych o ok. 6 tys. km. Hawajach o godz. 5.00 rano tego samego dnia! Po drodze minąłem nie tylko równik, ale i linię zmiany daty! Wyszedłem z terminalu- było gorąco i duszno. Zmęczony i niewyspany myślałem by trochę odpocząć W towarzystwie studenta z Australii udałem się do schroniska młodzieżowego, ale 12 USD za nocleg to zbyt drogo, więc musiałem pomyśleć o innym rozwiązaniu. Wynotowałem z książki telefonicznej wszystkich Wiśniewskich, Kowalskich, Pawlaków, Bukowskich itp. Niestety Oahu to nie Turcja czy Pakistan, a pojęcie gościnności jest tu chyba zupełnie nieznane. Zatrzymałem się więc dłużej w schronisku i uzyskałem zezwolenie z Urzędu Miasta Honolulu na korzystanie z komfortowych , bezpłatnych campingów nad brzegiem Pacyfiku. Przy okazji poznałem Prezesa Międzynarodowego Stowarzyszenia Geograficznego Henry Nowickiego, który pokazał mi najciekawsze obiekty turystyczne miasta; w tym Pearl Harbour i krążownik Arizona . Czy mogłem przypuszczać, że wśród zabitych w czasie pamiętnego nalotu Japończyków w grudniu 1941r. byli i Polacy? Wiele polskich mogił jest też i na Cmentarzu Żołnierzy Pacyfiku!. Właśnie tam wybrałem się pieszo w dniu 2 czerwca 1993r. Miałem do pokonania ok. 7 km.. Trasa mojej wycieczki prowadziła przez gęsto zabudowane tereny przedmieść Honolulu. Raz po raz odsłaniał się piękny widok na ocean. Cmentarz położony jest w kraterze wygasłego stożka wulkanicznego! Tuż za bramą znajdują się tysiące małych płytek , bez krzyży i nagrobków czy pomników. Na każdej z nich były świeże kwiaty! Naprzeciw wejścia jest pomnik poświęcony pamięci pomordowanych, w środku zaś kaplica. W jej podcieniach są plany bitew armii USA. Na ścianach przed kaplicą wypisano setki nazwisk poległych żołnierzy w bitwach na Pacyfiku. Dziesiątki z nich to polskie nazwiska! Położyłem przed nią wiązankę kwiatów polnych pomodliłem się i pobrałem ziemię.

Jeśli Hawaje nazywane są „Rajskimi Wyspami Północnego Pacyfiku” to jak nazwać wyspy Polinezji Francuskiej, zwłaszcza atol Bora Bora… Wg. Janusza Wolniewicza to „Miss urody Oceanu Spokojnego”, a dla Jamesa Michenera „Najpiękniejsza wyspa świata”.

Zobaczyć ten raj, przeżyć wspaniałą przygodę i poszukiwanie śladów pobytu Polaków to zasadniczy cel mojej wizyty w tym rejonie świata.

Właściciel maleńkiej wysepki Mai Moana w atolu Bora Bora Stan Wiśniewski w odpowiedzi na mój list z programem wyprawy odpowiedział: „Podróżników znam i lubię ich, wielu ich też poznałem. Pragnę więc dołączyć i mój skromny obol zapraszając cię na dwa trzy dni na swoją wyspę”. Ten list przesądził!

Studiując ze Stanem biografie wielkich Tahitańczyków (Paryż 1975 r. ) odnaleźliśmy wiele polskich nazwisk. Zupełnym dla mnie zaskoczeniem był fakt , że wielu powstańców styczniowych, którzy znaleźli schronienie we Francji, później za udział w Komunie Paryskiej zostało zesłanych na wyspy Pacyfiku. Gdy 1 listopada 1999r. byłem na uroczystościach Wszystkich Świętych na cmentarzu Św. Józefa w Papetee odnalazłem też polskie groby. Pobrałem więc ziemię na kopiec J. Piłsudskiego!

Krakowianie popierają nadanie Adamowi Macedońskiemu tytułu Honorowy Obywatel Miasta Krakowa

3a

Krakowianie popierają  nadanie Adamowi Macedońskiemu tytułu Honorowy Obywatel Miasta Krakowa

Kraków, Plac Wolnica 26 lipca 2014 r.

(zdjęcia i wideo – Józef Wieczorek)

24

13

22

25

27a

28

29

30

31

32

33

35

Adam Macedoński – chłopak z Kazimierza

2

1

Adam Macedoński przed swoim domem z czasów wojennych na ul. Mostowej

36

45

47

37

39

38

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 3 Z WIELKIGO MAJDANU W ISFAHANIE DO PAHIATUA – wspomnienia Władysława Grodeckiego

Nowa Zelandia

http://grodecki.eufrutki.net/ 

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

Władysław Grodecki

cz. 3

Z WIELKIGO MAJDANU W ISFAHANIE DO PAHIATUA

Polacy, Polacy, znowu Polacy, było ich tak wielu w czasie wojny! Tymi słowy w listopadzie 1992r. powitał uczestników mojej wyprawy Dookoła Świata pewien staruszek na Wielkim Majdanie w starej stolicy Persji Isfahanie! Po chwili zaczął wspominać: „Były tu szkoły, gdzie uczyły się polskie dzieci, tu obchodziło się polskie rocznice, pielęgnowało polskie obyczaje. Gdy muezzin wyśpiewywał z minaretu kolejne wersety z Koranu, one śpiewały polskie pieśni patriotyczne i kolędy.”

Choć na Bliskim Wschodzie spędziłem dwa lata, choć w Iraku widziałem polskie krzyże z czasów II wojny światowej, płyty w Bagdadzie upamiętniające pobyt ks. Gawliny itp. To jednak bardziej interesowała mnie historia Babilonu czy „ Zapomniany świat Sumerów”. Spotkanie ze starym Persem było dla mnie prawdziwym szokiem! Po raz pierwszy zetknąłem się z problemem „tułaczych dzieci”.

Od chwili wkroczenia Rosjan w granice Polski 17-go września jasne było, że celem ich jest wcielenie naszych ziem wschodnich do ZSRR. Z tego powodu konieczne było wyeliminowanie wrogiego dla nich elementu, którym byli Polacy oraz lojalne Polsce mniejszości narodowe. Jedną z metod było masowe wywożenie ludności na Syberię i za koło polarne! Pierwsza i najstraszniejsza deportacja miała miejsce 10 lutego 1940r. W środku ostrej zimy w ciągu jednej nocy zabrano 220 tys. ludzi ( 13. 04. – 320tys., w czerwcu 240 tys. i w czerwcu 1941r. ponad 200 tys. ) . Grupa uzbrojonych enkawudzistów z miejscową milicją dobijała się nocą do drzwi, budziła swe ofiary, dając im krótki czas na spakowanie się, i odwoziła na stację kolejową , gdzie czekały już szeregi towarowych pociągów. Wtłaczano 40 do 70 osób w ciemne w czeluści wagonu , który zamykano i plombowano od zewnątrz. Mały, zakratowany otwór w ścianie zastępował okno, dziura w podłodze toaletę, cztery ogromne prycze to legowisko dla ludzi, a w środku były tobołki! Młodzi i starzy, kobiety i dzieci, zdrowi i chorzy –skazani zostali na zatracenie! Podróż była tylko wstępem do dalszych cierpień; nędzy chorób i niewolniczej pracy. Aż wreszcie przyszedł 22 czerwca 1941 r., dzień agresji Niemiec na Rosję bolszewicką, którą Polacy przyjęli z radością i nadzieją. Dla niewielkiej części była szansą na ocalenie.

Ze swej „podróży” za koło polarne, katorżniczej pracy i opuszczeniu „nieludzkiej ziemi” zwierzała mi się miesiąc później siostra Walentyna w indyjskim mieście Lonawla k/ Bombaju. ( ponoć drugiej osobie w życiu )! Po przeżyciu sowieckiego piekła, w Indiach znalazła swe miejsce na ziemi. Tu wstąpiła do zgromadzenia salezjanek i założyła szkołę dla biednych dzieci. Do Indii wracałem jeszcze kilkakrotnie, gościła mnie później siostra Walentyna. Tym razem byłem tu krócej. Czas naglił, w Australii dojrzewały gruszki i trzeba było tam jechać by trochę zarobić na dalszą podróż .

Tam spędziłem 4 miesiące…..

Późnym wieczorem 23 kwietnia 1993r. samolotem Air Continental z Melbourne przybyłem do nowozelandzkiego Auckland. Do centrum miasta przyjechałem autobusem miejskim. Prowadzący go kierowca skontaktował się telefonicznie z dyżurnym ruchu miejscowej kolei i dowiedział się, ze pociąg do Wellingtonu odjeżdża za 30 minut. Poprosił więc by nieco opóźnić odjazd by mógł mnie dostarczyć na stację. Zmieniając nieco trasę przywiózł mnie pod dworzec, kupiłem bilet i spokojnie wsiadłem do pociągu. Około 7oo rano byłem już w Wellingtonie.

W trakcie przygotowań do wyprawy udało mi się zdobyć zaproszenie Stowarzyszenia Polaków w Nowej Zelandii. Pismo do Ambasady Nowej Zelandii z prośbą o ew. pomoc było adresowane na moje nazwisko. Było ono podpisane przez Sekretarza Stowarzyszenia. Tylko jak go odnaleźć, tym bardziej że nie pamiętałem dokładnie jak się nazywa, bo pismo pożyczyłem Bogdanowi, studentowi, który towarzyszył mi jeszcze w podróży do Australii i nie udało się go odzyskać. W kieszeni miałem znalezioną w Melbourne kartę telefoniczną, a w wyludnionej , chłodnej hali kolejowej zobaczyłem mocno przyniszczoną książkę telefoniczną. Ostatnie nazwisko Jacek Sliwiński- zadzwoniłem. Udało się! Jednak u Jacka zamieszkałem tylko trzy dni. Otrzymał telegram z Polski z wiadomością, że w Lublinie zmarła mu matka. On wyjechał do kraju, a ja znalazłem gościnę u Józefa Kaczonia , polskiego oficera kombatanta spod Monte Cassino. W pierwszych dniach pobytu uczestniczyłem w uroczystościach ANZAC DAY (rocznica pogromu wojsk australijskich i nowozelandzkich w Galipoli 25 kwietnia 1915 r. ) i 3- Maja. W Domu Polskim poznałem wielu ciekawych Polaków, w tym Izę Choroś- Dziecko Isfahanu i Pahiatua! To ona pierwsza opowiedziała mi fascynującą historię polskich dzieci, które dziwnym zrządzeniem losu znalazły się w tym kraju!

1 listopada 1944r. do Wellingtonu zawinął statek USA „ Gen. Randoll”. Na jego pokładzie wracali z wojny australijscy i nowozelandzcy żołnierze oraz 734 polskie sieroty w wieku 4-14 lat i 105 osób personelu! Niektóre dzieci nie znały swego miejsca urodzenia, imienia i nazwiska… Ich niezwykła lekcja geografii po przybyciu do najbardziej odległego kraju świata tu miała się zakończyć! Tak po latach ją wspominał ks. Józef Gawlina:

Blisko pół miliona polskich dzieci wywiezionych ze Lwowa lub Wilna poznawało z nieopalonego wagonu Kijów, jechało na Syberię lub do Kazachstanu, gdzie jest Syr Daria lub Jenisej. Inne zna pustynię, wichurę śnieżną, umie rąbać drzewo, było pastuchem, nawet traktorzystą. Zna na tyle geografię, by wiedzieć gdzie pogrzebało swoją mamusię”

Przybyciu polskich dzieci do Nowej Zelandii towarzyszyło ogromne zainteresowanie i życzliwość społeczeństwa. Ok. 140 km. na północ od stolicy w dawnym obozie jenieckim dla Japończyków urządzono obóz; ulicom, sklepom, szkołom i innym instytucjom nadano polskie nazwy, a osadę nazwano „PAHIATUA THE LITTLE POLAND”.

Gdy skończyła się wojna, nie mieli już gdzie wracać ( na mocy postanowień jałtańskich ich rodzinne strony znalazły się w granicach ZSRR). Wszystkie dzieci, które mogły podjąć samodzielnie decyzję pozostały w Nowej Zelandii!

Za gościnność i życzliwość płacili swą pracowitością, skromnością, licznymi talentami, rozsiewając dookoła nieuchwytny urok polskiej kultury! To ona stanowi dla nich skarb najcenniejszy, nieprzebrane źródło myśli, natchnienia i czynów!

Przełożona pewnego nowozelandzkiego zakładu zwierzała się kiedyś, że dzieci polskie wniosły do jej szkoły nieznaną dotąd atmosferę pogody i wesela: „Co za szczęśliwa wojna, która do nas dzieci polskie sprowadziła”.

W czasie swego pobytu w Nowej Zelandii byłem gościem „Dzieci Pahiatua”, odwiedziłem też miejsce dawnego obozu z jednym byłym mieszkańcem Stanisławem Manterysem! Na miejscu dawnego obozu było pastwisko podzielone na dwie części pasem startowym dla samolotów rolniczych, ruiny dawnej kaplicy, lasek gdzie dzieci się bawiły, rzeka gdzie się kąpały, jeden ocalały barak i dość dziwny pomnik poświęcony Polskim dzieciom!

To właśnie spod pomnika S. Manterys pobrał ziemię, która po okrążeniu całego świata przywieziona została do Polski i złożona na Kopcu J. Piłsudskiego.

W Pahiatua wizyta niecodziennych gości wzbudziła spore zainteresowanie. Jeden z właścicieli pobliskiej farmy zaprosił nas na herbatę i wspominał jak to polskie dzieci niszczyły mu uprawy, ale wszyscy bardzo je lubili.

Pobraniu ziemi z dawnego obozu towarzyszyło duże zainteresowanie miejscowej Polonii, a zwłaszcza mieszkańców dawnej kolonii. Zrodziła się idea odprawienia 18 maja mszy św. w intencji Marszałka ( większość mieszkających tu Polaków to byli żołnierze J. Piłsudskiego ) w polskim kościele św. Marcina i poświęcenia ziemi z Pahiatua!

Uroczystość tę zapowiedział na niedzielnej mszy świętej polski kapłan Chrystusowiec, więc frekwencja była niezła. Przybył Charge Affaires polskiej ambasady Stanisław Amanowicz, który przekazał mi urnę z ziemią. Położyłem ją na stoliku przy wejściu. Młody kapłan nie znający historii i zasług Marszałka w czasie mszy św. co prawda kilkakrotnie wspominał o ziemi i J. Piłsudskim, ale czynił to b. niechętnie. Po komunii św. była ceremonia poświęcenia ziemi. Trzymał ją p. Amanowicz, który b. pięknie powiedział o symbolicznej wymowie tej uroczystości, po czym przekazał urnę na moje ręce. Dalsza część uroczystości miała b. miły przebieg. Do salki przylegającej do kościoła poszli tylko Ci co chcieli ( zabrakło niestety Prezesa SPK, Prezesa Stowarzyszenia Polaków, księdza ! ). Były zdjęcia pamiątkowe, moje wystąpienie okolicznościowe , pytania o cel wyprawy, o Kopiec Marszałka i idee sypania ziemi.

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 2 KAWAŁEK POLSKI NA ZIEMI TURECKIEJ – wspomnienia Władysława Grodeckiego

Turcja

http://grodecki.eufrutki.net/ 

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

Władysław Grodecki

cz. 2 KAWAŁEK POLSKI NA ZIEMI TURECKIEJ

 

Ojczyzna naszych dalszych ojców znajduje się nad Wisłą, ale

ojczyzną naszych bliższych ojców jest Adampol nad Bosforem.

Ojczyzną naszą jest Polska, a Adampol to Polska z jej tradycjami

na ziemi tureckiej”

( Zofia Ryży )

 

Niezwykłe były dzieje tej wyjątkowej polskiej wsi. Zatarg sułtana Mahmuda II z wicekrólem Egiptu i realne zagrożenie Stambułu ze strony tego kraju spowodowało ożywioną działalność dyplomatów tureckich na Zachodzie. Jeden z nich Namyk Pasza, poznał Adama Czartoryskiego i jego poglądy na rolę Turcji. Wówczas zrodził się projekt przeniesienia kilkutysięcznej emigracji polskiej z Francji do Turcji, by tam organizować armię i administrację sułtańską. Spotkał się on z poparciem przedstawicieli Turcji w Paryżu i w 1842r. w miejscu zwanym Czingjane Konak, na wydzierżawionej, a następnie wykupionej przez ks. Adama Czartoryskiego ziemi należącej do lazarystów, zaczęli osiedlać się powstańcy listopadowi, później uczestnicy powstania galicyjskiego, Wiosny Ludów na Węgrzech i Polacy walczący przeciw Rosji w wojnie krymskiej. By zostać przyjętym do osady, trzeba było być Polakiem, albo przynajmniej Słowianinem katolikiem. Każdy otrzymywał po 10 donumów ziemi ( 92 a ), której nie można było sprzedać. Od samego początku wydawało się, że Adampol upadnie tak jak upadły plany polskiego osadnictwa na Nizie przy granicy turecko- rosyjskiej, nad Dunajem, na Cyprze, pod Tulczą, w Derbisie pod Olimpem, a nawet w USA, w Ameryce Środkowej, Iraku, czy w Algerii. Trudno pojąć jak udało się ocalić do dziś tę polską, katolicką wyspę na „morzu islamu”?

Droga z Ankary do P o l o n e z k o y ( Adampola ) prowadziła przez Góry Pontyjskie pokryte lasami iglastymi i liściastymi, tak bardzo podobnymi do tych nad Wisłą. Po raz pierwszy przybyłem tam w 1990r prowadząc wyprawę pracowników cukrowni Zduny w Wielkopolsce.

Kiepska wyboista , źle oznakowana droga sprawiła, że trudno było tu trafić. Przed wjazdem do wsi znajdowała się b. zniszczona tablica „Polonezkoy”. Kilkaset metrów dalej ogrodzony, dobrze utrzymany cmentarz i kościół! Wyładowaliśmy bagaż na placu przed świątynią i rozbili namioty. Wkrótce zjawił się starszy pan ( Filip Wilkoszewski ), który przywitał nas na organkach ustnych „ Jeszcze Polska nie zginęła”. Chętnie opowiadał o mieszkających tu Polakach, aż do chwili gdy zaczął się zbliżać młody dobrze zbudowany mężczyzna. Szepnął, „zdrajca” i zamilkł. Nikt już więcej nas nie odwiedził, a walące się domostwa, dziczejące sady, rozpadające się parkany oraz opuszczony i zaniedbany kościół Matki Boskiej Częstochowskiej zrobiły na nas przygnębiające wrażenie. Rano odwiedziliśmy cmentarz. Dobrze utrzymane nagrobki ułatwiły odnalezienie tych najważniejszych. Zatrzymaliśmy się koło grobu Ludwiki Śniadeckiej . Ktoś zaintonował „ Jeszcze Polska nie zginęła…” i „Pierwszą brygadę…”. Powiedziałem kilka słów o tej barwnej postaci i najmłodsi uczestnicy wyprawy Justyna i Karol pobrali ziemię na Kopiec J. Piłsudskiego.

Na zakończenie, jak zwykle odśpiewaliśmy „Boże coś Polskę…”

W następnych latach również odwiedzałem Adampol; w 1991r. prowadząc wyprawę „Solidarności” MPK Kraków i w 1992r. z wyprawę młodzieży szkół krakowskich oraz w trakcie wyprawy dookoła świata.

W lecie 1991 r. na Cmentarzu Angielskim nad Bosforem odnaleźliśmy grób Mariana Langiewicza, a 23 sierpnia 1992 r. ponownie pobraliśmy ziemię z cmentarza w Adampolu ( z grobu Zofii Ryży ). Na uroczystość poświęcenia ziemi w rocznicę haniebnego traktatu Ribbentrop- Mołotow zaprosiliśmy do kościoła wielu Adampolan, ale przybyli tylko Lesław Ryży- dawny i Fryderyk Nowicki aktualny wójt Polonezkoy. Piękna, wzruszająca homilia ks. Andrzeja ( prof. dr hab. A. Zwolińskiego ) i patriotyczne przemówienie kierownika wyprawy, sprawiły, że zawstydzony Lesław Ryży nawet się nie pożegnał!

Gdy w 1994r. powróciłem tu z grupą młodzieży na wspólne ognisko przybyli chyba wszyscy mieszkańcy wioski. Czy to był „odwet” za tamten blamaż?

Ziemia na Kopiec Józefa Piłsudskiego cz. 1 Ziemia z Narviku – wspomnienia Władysława Grodeckiego

Narvik

Przed pomnikiem polskich marynarzy w Ankenes (autor w środku)

http://grodecki.eufrutki.net/index.php/zostawili-slad

ZIEMIA NA KOPIEC JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

OD NARVIKU DO WELLINGTONU

Władysław Grodecki

cz. 1 ZIEMIA Z NARVIKU NA KOPIEC J. PIŁSUDSKIEGO

Ojców naszych ziemio święta,

ziemio wszelkich cnót i czynów,

tyś na wskroś jest przesiąknięta

krwią ofiarną twoich synów”

( Władysław Bełza )

ZIEMIA Z NARVIKU NA KOPIEC J. PIŁSUDSKIEGO

W czerwcu 1988 r. dobiegały końca przygotowania do wyprawy szkoleniowej dla działaczy PTTK i przewodników miejskich. Po serii wycieczek po krajach Europy Zachodniej, nadeszła pora na zupełnie jeszcze nieznaną Skandynawię! Mieliśmy juz wizy do wszystkich krajów. Najtrudniej było załatwić do RFN-u. Kolega, przewodnik – Powstaniec warszawski – członek Szarych Szeregów Marek Wasilewski pod niemiecką ambasadą spędził dwie noce i… udało się!

Przed wyjazdem zaproszono mnie do redakcji Gazety Krakowskiej bym udzielił wywiadu. Kilka dni później na pierwszej stronie GK można było przeczytać:

ZIEMIA Z NARVIKU NA KOPIEC J. PIŁSUDSKIEGO”

W połowie lipca byliśmy już za kołem polarnym. Droga wiodła wzdłuż Bals Fiordu koło J. Takusinet w dolinie niewielkiej rzeki Bardu obok krótkich fiordów i ośnieżonych nagich szczytów otaczających Narvik. Bujna roślinność w dnach dolin rzecznych towarzyszyła nam na całej trasie . O tym popołudniu myśleliśmy od dawna, od dawna przygotowywaliśmy się.

W trakcie przerwy w podróży nazbieraliśmy trochę kwiatów na przylegających do drogi łąkach. Jadąc od północy minęliśmy wiszący most i ok. 20.30 dotarliśmy do cmentarza w Ankenes. W samym jego centrum jest płyta pamiątkowa z napisem:

Pamięci 66 polskich żołnierzy

Poległych w walce o wolność Norwegii i Polski

Pamięci 31 obywateli , którzy w latach wojny

1940- 1945 zostali tutaj pochowani”

Uroczystość patriotyczną rozpoczęła msza święta. Kapelan wyprawy ks. Antoni Bednarz w swej homilii powiedział m. in.

Polska jest krajem chrześcijańskim od tysiąca lat.

Z cierpienia Chrystusa czerpali siłę Polacy by ofiarować swe życie za wartości nadrzędne; wolność i niepodległość!”

Po mszy świętej okolicznościowe przemówienie wygłosił kierownik wyprawy Władysław Grodecki. Nawiązał on do szczególnej roli jaką w budzeniu patriotyzmu w społeczeństwie powinni odegrać przewodnicy turystyczni. Następnie dwóch członków Komitetu Odnowy Kopca J. Piłsudskiego w Krakowie: Małgorzata Marek i Andrzej Fischer pobrali ziemię by złożyć ją w „Mogile Mogił” w 70 rocznicę Odzyskania Niepodległości. Złożono również kwiaty na płytach nagrobnych, a uroczystość zakończyło odśpiewanie „Boże coś Polskę”

( Ziemię z cmentarza z kwatery polskich żołnierzy w Narwiku pobrano przy okazji wyprawy

Za koło polarne w 1997 r. ) 

(zdj. Józef Wieczorek)

Fotoreportaż z uroczystości pod kopcem Piłsudskiego

4 sierpnia 2010 r pod kopcem Józefa Piłsudskiego odbyła się uroczystość złożenia ziem z pól bitewnych